SZYMON
IGNASZAK
Jest
kilka rzeczy, których nienawidziłem w ludziach. Byłem gangsterem,
ale to nie prawda, że gangsterzy, to ludzie bez zasad, którzy
sprzedaliby swoje matki za pięć złotych, a własne żony oddali
kumplom do zabawienia się. Gangsterka to nie kluby i picie na umór,
czy wciąganie kokainy do nosa, choć przyznaję, że i smaku koki
zaznałem w życiu. Kokaina to jednak nie królowa narkotyków, a w
moim przypadku, to Magda była moją heroiną, w przenośni i
dosłownie. To ją dawkowałem, z początku powoli, byleby się nie
uzależnić, a potem już nie mogłem przestać jej zażywać.
Przez
przelot myśli, wydarzeń z przeszłości i wspomnień, powróciła
do mnie chwila, gdy drobna blondynka zagościła pierwszy raz za
progiem mojego domu. Tego samego, który teraz zamieszkiwaliśmy.
Wtedy nie był jeszcze do końca urządzony. Na parapecie stały
szklanki i kieliszki, podłogę pokrywał beton, a ściany dopiero co
zostały wyłożone płytkami, kamieniami i boazerią.
– Nie
spodziewałem się ciebie – padło z moich ust. – Wydawało mi
się, że jesteśmy umówieni na jutro... znaczy widzimy się jutro,
w pracy – dodałem
– Lubię
robić niespodzianki – odparła wesolutko w chwili, gdy ja
wycierałem dłonie i pędzel, brudne od farby w skrawek białego
prześcieradła.
Na
sobie miałem jedynie stare, poszarpane dżinsy z niezapiętym
rozporkiem, gdyż nie było to konieczne, bo i bez tego trzymały się
luźno na biodrach. Do tego doszła rozpięta, biała i poplamiona w
wielu miejscach koszula.
– Nie
cierpię niespodzianek – warknąłem, a potem by jej nie spłoszyć
uśmiechnąłem się i zrobiłem przestrzeń, by mogła wejść
głębiej do środka.
– A
więc tak mieszkają historycy sztuki? – dopytywała rozglądając
się po pomieszczeniu. – Szczerze spodziewałam się czegoś
lepszego, a tu panuje istny rock and roll jak u jakiegoś
hipisowskiego artysty. – Spojrzała na mnie karcąco, a ja już
wiedziałem, że jest wyjątkowa, taka inna od wszystkich, szalona,
niebezpieczna.
Już
wtedy powinienem się trzymać od niej jak najdalej, by się nie
zaangażować, bo na tamtą chwilę miałem dość kobiet w ogóle, a
małolat to już w szczególności, gdyż jeśli po dojrzałej mogłem
oczekiwać jedynie dziecinady, to czego mogłem oczekiwać po jeszcze
dziecku?
– Jestem
artystą z zamiłowania – wyznałem.
– Naprawdę?
– Tak.
Liceum plastyczne, dyplom, takie inne badziewia. Nie polecam jednak
artystom studiować sztuki.
– Dlaczego?
– zdziwiła się, widać to było po jej minie, a nie po barwie
głosu. Zdjęła torbę przez głowę, bo była przewieszona na skos,
a potem odłożyła ją na pobliską skrzynkę z wódką i zasiadła
na parapecie, do którego za pierwszym razem miała trudność
doskoczyć. Już miałem zaproponować czy ją nie podsadzić, ale
jakoś sama sobie poradziła.
– Artysta
to wolny ptak, indywidualista, człowiek ze swoim JA, a studia ASP,
zabijają artystę w artyście, wbijają go w ramy, oprawiają, uczą
zasad, technik, przez co on traci swój indywidualizm, oryginalność
i własny artyzm. Nagle staje się jednym z wielu i nie ma już nic z
jego, nie tak dawnej, wyjątkowości – odpowiedziałem przybliżając
się. Stanąłem obok niej i położyłem dłoń na parapecie by się
podeprzeć.
– Nie
zdjąłeś obrączki – zauważyła. – Wciąż ją kochasz?
– Kogo?
– Żonę.
– Nie
chcę o niej mówić. Widzę, że z nogą lepiej – rzuciłem
wskazując na nie tak dawno zagipsowaną kostkę.
– Wstawiłam
ją w gips, by nie wołali zwolnienia, ale bym nie musiała ćwiczyć
– odparła bez opamiętania i żadnych zahamowań.
Dosłownie
zabiła mnie tym jednym zdaniem i sprawiła, że zmartwychwstałem
jednocześnie. Nie wiedziałem czy mam się śmiać czy ubolewać nad
jej głupotą. Wtedy pomyślałem, że nie dość, że blondynka, to
jeszcze skończona idiotka, albo wręcz przeciwnie – cwana
kombinatorka jakich wiele na tym świecie, tyle że ona jest tym
nielicznym wyjątkiem – typem kocicy co zawsze spada na cztery
łapy.
– Rozejrzę
się – zaproponowała sama. – Nalej wina, napiłabym się. Nie
wypada tak gości trzymać i nawet niczego do picia nie zaproponować.
– Nie
trzymam cię – chciałem powiedzieć, ale się powstrzymałem. –
Kawy czy herbaty? – mówiłem do jej pleców.
– Wina,
wina, już mówiłam, przecież, że wina.
– To
wbrew moim zasadom. Jesteś nieletnia, a więc też nie w zgodzie z
prawem.
– A
nietykalność cielesna, coś ci mówi? Bicie innych też jest
nielegalne, a kobiet nawet niemoralne.
– Mam
na ten temat inne zdanie – rzuciłem odważnie.
– Jakie?
– Może
kiedyś je poznasz. – Dla zamknięcia tematu nachyliłem się do
skrzynki z wódką i zacząłem ją przeszukiwać. – Wina nie ma,
wyszło. Mogę zaproponować... wódkę z colą?
– Byle
w kieliszku. Uwielbiam pić z kieliszka. Ja nawet mleko pijam z
kieliszka, albo kubka. Szklanek w ogóle nie używam.
Nie
wiedziałem na cóż mi taka wiedza o jej przyzwyczajeniach, ale
spełniłem jej kaprys, bo prośbą raczej nie dało się tego
nazwać. Przy okazji przygotowałem też drinka dla siebie i udałem
się za nią po schodach, na górę, do niemal w pełni ukończonego
korytarza na pierwszym piętrze. Przycisnąłem włącznik, a lampy
zawieszone nad obrazami, ze światłami nakierowanymi wprost na nie,
rozświetliły się swoim blaskiem.
– Imponujące
– pochwaliła przyglądając się bitwie pod Grunwaldem. – Zawsze
najmocniej w tym obrazie rzucał mi się w oczy Zawisza Czarny.
– Znasz
się na sztuce? – zdziwiłem się.
– Troszeczkę.
Zainspirowała mnie ta właśnie bitwa, wisiała w poczekalni u
dentysty. Z nudów i strachu przestudiowałam ją całą wzdłuż i
wszerz tysiące razy.
– W
takim razie obrazy powinny wisieć we wszystkich poczekalniach. Może
wtedy większość z nudów stałaby się mądrzejsza.
– Masz
ludzi za idiotów?
– Tylko
większą ich część. – Puściłem do niej oczko i przestałem
opierać się ramieniem o ścianę. Uczyniłem łyk, może dwa ze
swojej szklanki, a ona zajrzała do swojego kieliszka.
– Bez
pigułki gwałtu?
– Gdybym
chciał cię zgwałcić, to bym po prostu to zrobił, bez usypiaczy,
bo nie jestem na tyle dewiantem, by zachwycać się nekrofilią.
Uprzedzając twoje pytanie, gwałcicielem też nie jestem, bo wolę
kobiety zdobywać, to swoista frajda, gra słów, półsłówek,
domówień i domysłów. Siły używam, ale w nieco innych
okolicznościach, w końcu nie bez powodu fatum stworzyło mężczyznę
silniejszego od kobiety.
– To
już wrzucanie wszystkich do jednego worka, panie Igna...siak.
– Ignaszak
– poprawiłem. – Być może, ale to wyjątki potwierdzają
regułę, tak więc od mojej reguły też muszą takowe istnieć.
– Jakie
są pańskie reguły.
– Przede
wszystkim nie odkrywać kart przed pierwszą randką, by nie spłoszyć
wybranki.
– Nie
jestem wybranką i nigdy nie pójdziemy na randkę, tak więc?
– Tak
więc malowałem, przeszkodziłaś mi – odpowiedziałem dla zmiany
tematu, poza tym chciałem by już sobie polazła. Nie mogłem z nią
za długo przebywać w jednym pomieszczeniu, na tak bliską
odległość, bo jej pragnąłem, a nie miałem takiego prawa. Była
młoda, za młoda i... i tak powinno pozostać. Poza tym była
cholernie skomplikowana, a moje życie od poczęcia nie było proste
i niczego na tym świecie nie pragnąłem tak mocno jak ograniczenia
swoich zmartwień, a nie jeszcze ich dokładania. Okazało się
jednak, że Magdy pragnąłem o wiele mocniej niż wszystkiego dotąd.
– Malowałeś?
Pokażesz? – Jej oczy się rozświetliły i nim zdałem sobie
sprawę z tego co robię, to wskazałem jej drogę na strych.
Moje
gesty, ruchy, myśli, to wszystko kolidowało z sobą i nie chciało
współgrać. Byłem otumaniony, otępiały i taki... nieżyciowy
przez bycie dwa dni pod rząd na haju. W tamtej chwili jednak
zbagatelizowałem swój stan, potarłem kciukiem nos, który ciągle
miałem poczucie jakby był zakatarzony i ruszyłem za nią. Zanim
zdążyłem ją powstrzymać ona już odsłoniła ciężką kotarę,
oddzielającą połowę pomieszczenia i przyjrzała się samej sobie.
– O
cholera – wypaliła.
– Jest
aż tak źle? – dopytywałem, ale milczała. – Musisz wybaczyć,
ale malowałem jedynie z pamięci i wyobraźni. – Znacząco
spojrzałem się na jej biust, a potem przeniosłem swój wzrok na
nagie, kobiece piersi będące częścią obrazu.
– Gdybym
miała takie cycki, dawałabym co niedzielę na tacę – rzuciła
bez skrępowania, czym wprawiła mnie w żywe rozbawienie swoją
bezpośredniością.
Zastanawiałem
się czy ten kieliszek wystarczył, by ją upić, czy jest taka na co
dzień, tak normalnie, po prostu. Zbliżyłem się do niej i sięgając
jedną dłonią do jej żółtego sweterka zacząłem go rozchylać.
– A
jakie masz? – zapytałem.
– Nie
twoja sprawa! – warknęła. – Teraz już rozumiem – dodała
uderzając mnie we wierzch dłoni, ale nie sprawiła tym, że
zabrałem rękę. – Puszczaj! – krzyknęła szybko i zabawnie,
ledwie zrozumiale i wyszarpnęła materiał spod moich palców.
– Bez
nerwów. Nic ci nie zrobię.
– Zawsze
tak robisz?
– Czy
zawsze nic nie robię?
– Nie,
nie o to chodzi – odparła z uśmiechem. – Przyprowadzasz kobiety
do swojego domu, pokazujesz im jak je ładnie namalowałeś, a potem
ciągniesz do sypialni.
– Nie
mam sypialni – przerwałem. – I jesteś pierwszą kobietą od
bardzo dawna, którą namalowałem. Zainspirowałaś mnie.
– Dlaczego
jestem taka kolorowa? – zapytała pokazując na różnego koloru
plamy na obrazie, które zdobiły jej uda, jedną pierś i fragment
brzucha.
– Bo
jesteś nieprzewidywalna, barwna, kolorowa.
– Tło
jest szare, bo...?
– Bo
jesteś skomplikowana, a takie osoby zazwyczaj są pełne zmartwień.
Ta ich barwność, to zazwyczaj ich poza.
– Zazwyczaj.
Może nie jestem jak wszystkie i nie mam na imię każda, co?
– O
to bym cię nawet nie podejrzewał. Nie da się ciebie wbić w jakiś
jeden kanon, pierwowzór, ale każdy z nas, nawet najbardziej
oryginalny osobnik, ma ten sam metaliczny posmak krwi, taki sam
kształt mózgu i smród gówna. Cechuje nas pewnego rodzaju równość
z kimś innym, jakaś cecha wspólna, powielanie schematów, które
tym bardziej nas przyciągają im mocniej staramy się ich unikać.
Nie jesteś aż tak wyjątkowa jak ci się wydaje.
– A
ty jesteś naćpany – stwierdziła z uśmiechem na ustach. –
Podzielisz się?
– A
chcesz? – Nie wiem co mnie podkusiło by zadać jej to pytanie.
– Chcę
na moment zapomnieć, być gdzie indziej, z kimś innym i po prostu
inaczej. – Spojrzała na mnie z nadzieją, a ja ciągle się
zastanawiałem czy spełnić jej kolejny kaprys. – Jeśli to cię
nie przekonało, to wiedz, że jutro podejmę najtrudniejszą decyzję
w moim życiu i muszę na moment... po prostu. – Ze łzami w oczach
wzruszyła ramionami, a ja wyciągnąłem samarkę z tylnej kieszeni
dżinsów.
– To
koka, bierz tylko tyle ile na tę miniaturową łyżeczkę się
mieści. Nie więcej – poinstruowałem, a ona przejęła ode mnie
narkotyk.
Tę
małą łyżeczkę nie równą długością nawet małego palca
wyjęła z dilerki i nabierając na nią biały proszek zbliżyła do
jednej z dziurek swojego nosa. Przycisnęła drugą z nich i się
sztachnęła, a ja odwróciłem wzrok, by tego nie widzieć, by nie
czuć wyrzutów sumienia.
Potem
wszystko potoczyło się szybciej niż byśmy chcieli. Byliśmy
naćpani, pijani i wylądowaliśmy na materacu, ułożonym na zimnym
betonie, na tym właśnie poddaszu. Znaleźliśmy się w
prowizorycznym łóżku, ale zakończyło się jedynie na kilku
pocałunkach, dwóch westchnięciach i bez zdejmowania wielkości
ubrań.
– To
byłby błąd – stwierdziła odzyskując trzeźwość.
– Pewnie
by był – przyznałem jej racje. – Jutro wracam do żony, dlatego
ponownie założyłem obrączkę – postawiłem na szczerość.
– Wracasz
do żony i ćpasz oraz pijesz w samotności? Powinieneś się
cieszyć, a nie być taki żałobny.
– Może
jestem uzależniony – podpowiedziałem.
– Na
pewno nie. Nie jesteś typem ćpuna, już bardziej alkoholika, ale z
umiarem, ale nawet w to nie dałabym wiary. – Poklepała mnie po
gołej klatce piersiowej. – Chciałeś kiedyś zasnąć i nigdy
więcej się nie obudzić?
– Setki
razy. Ostatni raz dzisiaj – wyznałem. – Ja też jutro podejmuję
najważniejszą decyzję w moim życiu. Mogę uzyskać szczęście
kosztem innej osoby, a moja żona tego właśnie ode mnie oczekuje. O
to się pokłóciliśmy. Okazało się, że jej nie kocham, bo gdy
się kogoś kocha, to jest się w stanie dla tej osoby zrobić
wszystko, nawet wykorzystać kogoś innego, nawet zabić.
– Chcesz
kogoś zabijać?
– Być
może już to zrobiłem? – dopytywałem. – Myślę, że lata temu
zabiłem samego siebie. Idź już. Tak będzie lepiej.
Wtedy
mnie posłuchała, wtedy wyszła, po kilku miesiącach jednak nasze
drogi ponownie się spotkały i zaczęliśmy tak jak powinniśmy byli
zacząć – od randki, spaceru, kolacji, tańcu w deszczu.
Potem
spotykaliśmy się częściej i było coraz intensywniej, i nagle po
wyjściu z uczelni, gdzie składałem papiery, natrafiłem na nią, u
jej boku był facet, a w wózku spacerowym, mały, na oko
półtoraroczny chłopiec.
– Magda?
– zapytałem, podchodząc do niej.
– Ceś!
– krzyknął na mnie ten mały, zadzierając głowę wysoko do góry
i chyba oczekiwał, że mu odpowiem. Nie zrobiłem tego.
Patrzyłem
na dziecko, na Magdę i na blondyna, który stał przy nich.
– Marcin
– przedstawił się młody mężczyzna z wyraźnie
poczerwieniałymi, jakby od płaczu oczami. Wyciągnął dłoń.
– Pan
jest...? – dopytywałem witając się z nim.
– Przyjacielem
– wtrąciła Magda. – Nikim więcej – dodała przełykając
ślinę w taki sposób jakby ją gardło bolało.
– Przyjacielem?
– zdziwiłem się. – A ten... chłopiec, to też przyjaciel? –
wskazałem na dzieciaka obracającego smoczek w ustach w taki
zabawny, zwinny sposób, ale wtedy ani trochę nie bawiło mnie jego
zachowanie.
– Myślę,
że się domyślasz, dlatego zrozumiem, jeśli wczorajsze spotkanie
okaże się być naszym ostatnim. – nachyliła się po jakąś
zabawkę, którą dziecko wyrzuciło na chodnik, a potem podała mu
butelkę najprawdopodobniej z herbatą.
– Ma-ma
– wysylabizowane dziecięcym, niepewnym, drżącym, nieopanowanym
jeszcze głosem. Jedno słowo, które w tamtej chwili o mało nie
zwaliło mnie z nóg.
– Masz
racje – rzuciłem. – To wczoraj, to było ostatnie nasze –
dodałem. – Ostatnie w takim gronie. – Przykucnąłem przy
chłopcu. – Cześć, masz jakieś imię?
– Leon
– odpowiedział za dzieciaka Marcin. – Ma na imię Leon –
wyjaśnił, podczas gdy imiennik Tołstoja się mnie zawstydził i
zaczął chować za zabawką.
– Co
ty robisz? – zapytała Magda zbita z pantałyku.
– Bratam
się z synem mojej dziewczyny, nie widać? Chyba najwyższa pora
byśmy się poznali, nie sądzisz?
– Szymon
naprawdę nie musisz...
– Ale
chcę – przerwałem szybko.
– W
takim razie... zostawię was – powiedział Marcin i ulotnił się
zanim, któreś z nas zdążyło zaprotestować.
– Dasz
mi poprowadzić? – zapytałem i już wstałem z kucek, by chwycić
za jedną rączkę.
– Potrafisz?
– Mam
trzy kategorie w prawie jazdy, myślę, że spacerówka to nie jest
teoria fizyki kwantowej, tak więc... powinno obyć się bez kolizji.
– Złapałem drugą rączkę i ruszyłem do przodu. – Idziesz?! –
krzyknąłem na Magdę. – A może mam zabrać tylko twoje dziecko?
– Idę,
tylko...
– Wiem,
wiem, też byłem w szoku. On je już lody? – Wskazałem na
zdziwionego chłopca, który zadzierał głowę mocno do góry by móc
na mnie spoglądać, a potem rozglądał się za matką i coś do
niej krzyczał w niezrozumiałym języku, jeszcze ze smoczkiem w
ustach.
– Je
tak trochę. Lubi wafelki.
– Zatem
zabieram was na lody, usiądziemy gdzieś, a ty mi wszystko
wyjaśnisz, bo bez wyjaśnienia się, Magda, nie obejdzie. W ogóle
dlaczego on jest posiniaczony? – zapytałem zwracając uwagę na
rączki i nóżki chłopca.
– Spadł
ze schodów.
– Byłaś
z nim gdzieś u lekarza?
– Wracamy
ze szpitala.
– Kiedy
tam trafił?
– Wczoraj
w południe – odpowiedziała szybo z miną jakby chciała
powiedzieć „a co cię to obchodzi, jego ojcem nie jesteś?”.
– Twoje
dziecko było w szpitalu, a ty byłaś ze mną? – zdziwiłem się,
a nawet więcej niż zdziwiłem. Byłem tym faktem zdruzgotany.
– Marcin
był przy nim i Piotrek.
– Marcin
to przyjaciel, tak? A Piotrek? Ojciec chłopca?
– Brat.
Leon nie ma ojca. Jest efektem... efektem mojej młodości.
– Jesteś
efektem – powiedziałem do dziecka. – To zawsze lepiej, młody
niż być nazwanym wpadką i uwierz mi, wiem co mówię.
Zaśmiałem
się, Magda też, a Leon ponownie powiedział „ceś!”.
Od
tamtego wydarzenia minęło kilka długich lat. Teraz nie byliśmy w
parku na lodach, a na cmentarzu, nieopodal rzeźby anioła. Pasek
leżał na pokrytej wypłowiałą trawą ziemi, a Magdalena na masę.
Uniosła się jednak na niej i spojrzała na mnie zaskoczona. Jej
oczy pytały czy skończyłem, a ja nie mogłem temu przytaknąć.
Nie w takiej chwili, bo było kilka zachowań u ludzi, których nie
potrafiłem zdzierżyć i przejść obok nich obojętnie.
Nienawidziłem kurewstwa, a to co Lena chciała zrobić, nie dało
się inaczej określić. Nie zamierzałem pozwolić, by moja żona
tak postępowała, więc nie mogłem jej darować. Tu już nie
chodziło o to, że mnie nie posłuchała, że się naraziła, że
pyskowała, czy narobiła kłopotów w rozmowie z policją, a o jej
mentalność. Jaka była? Oddać się w zamian za uniknięcie
konsekwencji? Oczywiście nie sądziłem, że gdyby sprawa dotyczyła
kogoś innego niż mnie, to postąpiłaby tak samo. Wiedziałem, że
nie byłaby w stanie zdradzić. Wielokrotnie mówiła, że brzydzi
się zdradą.
– Co
to było? – zapytałem wprost. – Kupczenie własnym ciałem, czy
może mam to określić po imieniu?
Spuściła
wzrok, poza tym wciąż była wsparta łokciami o maskę samochodu,
więc chwyciłem ją za ramiona i odwróciłem w swoją stronę, by
na mnie spojrzała. Dłoń wsunąłem pod podbródek i ścisnąłem
za policzki, ale delikatnie, by nie uczynić jej krzywdy.
– Chcesz
bym cię traktował jak dziwkę? – rzuciłem prosto w twarz. –
Nie odpowiesz? – dopytywałem gdy jedna wyraźna łza toczyła się
po jej policzku. – Po co więc zachowujesz się jak kurwa? Chcesz
się sprzedawać? Bo to jest Magda sprzedaż, choć nie liczona w
walucie pieniężnej. To było wyraźne, oddam się tobie, ale nie
oberwę. I tu kolejne pytanie, za kogo w takim razie masz mnie? Za
swojego klienta? Tak dla przypomnienia jestem twoim mężem, nikim
mniej i nikim więcej, a gdybym chciał kurwę, to poszedłbym do
burdelu i zapłacił, a nie się ponownie żenił.
– Przepraszam
– wyszeptała tak cicho, że ledwie słyszalnie.
– Zachęcałaś
mnie głośniej niż teraz przepraszasz – zarzuciłem oskarżeniem
i zabrałem dłoń z jej twarzy. Wcisnąłem obie do kieszeni. –
Uznam, że to nie była twoja mentalność, i że nie masz w zwyczaju
zdobywać wszystkiego seksem. Że to był tylko pomysł, wyjątkowo
głupi, za który powinienem cię sprać na kwaśne jabłko, by się
więcej nie powtórzył i nie dlatego, że ja się brzydzę
kurewstwem, a dlatego, że wiem, że ty, gdybyś teraz mi się
oddała, to utraciłabyś szacunek do samej siebie. I pomimo że mam
na ciebie ochotę i nieładnie, bardzo dosadnie mówiąc mi teraz
stoi, to nie będę na tyle chujem, i nie będę własnej żony z
godności i szacunku odzierał. – Wyciągnąłem dłonie z kieszeni
i nachyliłem się po pasek. Złożyłem go na pół, ku przerażeniu
własnej żony, a potem w asyście jej pełnego zaskoczenia,
rozłożyłem ten kawałek skóry i zacząłem wsuwać do szlufek,
gdzie było jego miejsce. – Wsiądź do samochodu – poleciłem.
– Ale...
– zaczęła niepewnie.
– Nie
ma ale. Powołałem się na twoją inteligencję i nie będę cię
bił. Liczę, że dotrą słowa i dają ci do myślenia, bo uwierz,
że jeśli nie to będę tylko lał, bez litości i patrzał czy przy
tym równo puchnie. Wsiadaj do samochodu. – Ruszyłem w kierunku
drzwi, tych od strony pasażera i otworzyłem je przed Magdą. – W
domu sobie jeszcze wyjaśnimy sprawę tego twojego wyjścia do Oliwii
– zapowiedziałem, gdy zapinała pasy.
– Dobrze
– przytaknęła, jak na nią niezwykle pokornie.
– Eche.
Ja uważam, że źle, bo jeśli teraz odpuszczę... – zacząłem i
zamknąłem drzwi. Obszedłem maskę i wsiadłem na miejsce kierowcy.
– Uważam, że jeśli teraz odpuszczę, a potem coś złego ci się
stanie, przez to że znowu mnie nie posłuchałaś, to będę miał
nie tylko wyrzuty sumienia, ale sam sobie nie będę umiał darować,
że nic nie zrobiłem, gdy jeszcze mogłem. Dlatego poniesiesz
konsekwencje, tyle że nie fizyczne. No chyba, że sytuacja się
powtórzy, to miej to już teraz na względzie, że wtedy oberwiesz
niemało i nie tylko za teraźniejszy wybryk, ale też za przeszły,
za ten, który miał miejsce dzisiaj. – Uruchomiłem silnik, ale na
moment jeszcze go wyłączyłem. – I jutro na policji grzecznie, bo
naprawdę ręczę ci za to, że jeśli znowu rzucisz jakimś głupim,
nieprzemyślanym i nie będącym na miejscu komentarzem, to ci tak
mocno złoję skórę jak dawno tego nie zrobiłem. Przypomnij sobie
jak źle może być i nie chciej tego doświadczyć ponownie, bo ja
naprawdę nie chcę tego powtarzać i wolę mieć ciężką rękę po
to, by zaciskać ją w pięść i w razie potrzeby bronić żony, a
nie po to by za jej pomocą stawiać ją do pionu – zakończyłem
monolog nie czekając na odpowiedź. Przekręciłem kluczyk,
uruchomiłem silnik, zacząłem wycofywać i jednocześnie sięgnąłem
do schowka pod radiem by podać żonie paczkę chusteczek
higienicznych. – Proszę – powiedziałem nie patrząc na nią, a
zerkając w boczne lusterko.
