Czytam = Komentuje

Anonimowi – podpisujcie się!


Zapraszam was na blog z dodatkami o "Otchłani szarości":

http://miejskie-opowiesci.blogspot.com

niedziela, 20 grudnia 2015

Sezon 1 - Część 30 - Tak miało być


SZYMON IGNASZAK

Jest kilka rzeczy, których nienawidziłem w ludziach. Byłem gangsterem, ale to nie prawda, że gangsterzy, to ludzie bez zasad, którzy sprzedaliby swoje matki za pięć złotych, a własne żony oddali kumplom do zabawienia się. Gangsterka to nie kluby i picie na umór, czy wciąganie kokainy do nosa, choć przyznaję, że i smaku koki zaznałem w życiu. Kokaina to jednak nie królowa narkotyków, a w moim przypadku, to Magda była moją heroiną, w przenośni i dosłownie. To ją dawkowałem, z początku powoli, byleby się nie uzależnić, a potem już nie mogłem przestać jej zażywać.
Przez przelot myśli, wydarzeń z przeszłości i wspomnień, powróciła do mnie chwila, gdy drobna blondynka zagościła pierwszy raz za progiem mojego domu. Tego samego, który teraz zamieszkiwaliśmy. Wtedy nie był jeszcze do końca urządzony. Na parapecie stały szklanki i kieliszki, podłogę pokrywał beton, a ściany dopiero co zostały wyłożone płytkami, kamieniami i boazerią.
Nie spodziewałem się ciebie – padło z moich ust. – Wydawało mi się, że jesteśmy umówieni na jutro... znaczy widzimy się jutro, w pracy – dodałem
Lubię robić niespodzianki – odparła wesolutko w chwili, gdy ja wycierałem dłonie i pędzel, brudne od farby w skrawek białego prześcieradła.
Na sobie miałem jedynie stare, poszarpane dżinsy z niezapiętym rozporkiem, gdyż nie było to konieczne, bo i bez tego trzymały się luźno na biodrach. Do tego doszła rozpięta, biała i poplamiona w wielu miejscach koszula.
Nie cierpię niespodzianek – warknąłem, a potem by jej nie spłoszyć uśmiechnąłem się i zrobiłem przestrzeń, by mogła wejść głębiej do środka.
A więc tak mieszkają historycy sztuki? – dopytywała rozglądając się po pomieszczeniu. – Szczerze spodziewałam się czegoś lepszego, a tu panuje istny rock and roll jak u jakiegoś hipisowskiego artysty. – Spojrzała na mnie karcąco, a ja już wiedziałem, że jest wyjątkowa, taka inna od wszystkich, szalona, niebezpieczna.
Już wtedy powinienem się trzymać od niej jak najdalej, by się nie zaangażować, bo na tamtą chwilę miałem dość kobiet w ogóle, a małolat to już w szczególności, gdyż jeśli po dojrzałej mogłem oczekiwać jedynie dziecinady, to czego mogłem oczekiwać po jeszcze dziecku?
Jestem artystą z zamiłowania – wyznałem.
Naprawdę?
Tak. Liceum plastyczne, dyplom, takie inne badziewia. Nie polecam jednak artystom studiować sztuki.
Dlaczego? – zdziwiła się, widać to było po jej minie, a nie po barwie głosu. Zdjęła torbę przez głowę, bo była przewieszona na skos, a potem odłożyła ją na pobliską skrzynkę z wódką i zasiadła na parapecie, do którego za pierwszym razem miała trudność doskoczyć. Już miałem zaproponować czy ją nie podsadzić, ale jakoś sama sobie poradziła.
Artysta to wolny ptak, indywidualista, człowiek ze swoim JA, a studia ASP, zabijają artystę w artyście, wbijają go w ramy, oprawiają, uczą zasad, technik, przez co on traci swój indywidualizm, oryginalność i własny artyzm. Nagle staje się jednym z wielu i nie ma już nic z jego, nie tak dawnej, wyjątkowości – odpowiedziałem przybliżając się. Stanąłem obok niej i położyłem dłoń na parapecie by się podeprzeć.
Nie zdjąłeś obrączki – zauważyła. – Wciąż ją kochasz?
Kogo?
Żonę.
Nie chcę o niej mówić. Widzę, że z nogą lepiej – rzuciłem wskazując na nie tak dawno zagipsowaną kostkę.
Wstawiłam ją w gips, by nie wołali zwolnienia, ale bym nie musiała ćwiczyć – odparła bez opamiętania i żadnych zahamowań.
Dosłownie zabiła mnie tym jednym zdaniem i sprawiła, że zmartwychwstałem jednocześnie. Nie wiedziałem czy mam się śmiać czy ubolewać nad jej głupotą. Wtedy pomyślałem, że nie dość, że blondynka, to jeszcze skończona idiotka, albo wręcz przeciwnie – cwana kombinatorka jakich wiele na tym świecie, tyle że ona jest tym nielicznym wyjątkiem – typem kocicy co zawsze spada na cztery łapy.
Rozejrzę się – zaproponowała sama. – Nalej wina, napiłabym się. Nie wypada tak gości trzymać i nawet niczego do picia nie zaproponować.
Nie trzymam cię – chciałem powiedzieć, ale się powstrzymałem. – Kawy czy herbaty? – mówiłem do jej pleców.
Wina, wina, już mówiłam, przecież, że wina.
To wbrew moim zasadom. Jesteś nieletnia, a więc też nie w zgodzie z prawem.
A nietykalność cielesna, coś ci mówi? Bicie innych też jest nielegalne, a kobiet nawet niemoralne.
Mam na ten temat inne zdanie – rzuciłem odważnie.
Jakie?
Może kiedyś je poznasz. – Dla zamknięcia tematu nachyliłem się do skrzynki z wódką i zacząłem ją przeszukiwać. – Wina nie ma, wyszło. Mogę zaproponować... wódkę z colą?
Byle w kieliszku. Uwielbiam pić z kieliszka. Ja nawet mleko pijam z kieliszka, albo kubka. Szklanek w ogóle nie używam.
Nie wiedziałem na cóż mi taka wiedza o jej przyzwyczajeniach, ale spełniłem jej kaprys, bo prośbą raczej nie dało się tego nazwać. Przy okazji przygotowałem też drinka dla siebie i udałem się za nią po schodach, na górę, do niemal w pełni ukończonego korytarza na pierwszym piętrze. Przycisnąłem włącznik, a lampy zawieszone nad obrazami, ze światłami nakierowanymi wprost na nie, rozświetliły się swoim blaskiem.
Imponujące – pochwaliła przyglądając się bitwie pod Grunwaldem. – Zawsze najmocniej w tym obrazie rzucał mi się w oczy Zawisza Czarny.
Znasz się na sztuce? – zdziwiłem się.
Troszeczkę. Zainspirowała mnie ta właśnie bitwa, wisiała w poczekalni u dentysty. Z nudów i strachu przestudiowałam ją całą wzdłuż i wszerz tysiące razy.
W takim razie obrazy powinny wisieć we wszystkich poczekalniach. Może wtedy większość z nudów stałaby się mądrzejsza.
Masz ludzi za idiotów?
Tylko większą ich część. – Puściłem do niej oczko i przestałem opierać się ramieniem o ścianę. Uczyniłem łyk, może dwa ze swojej szklanki, a ona zajrzała do swojego kieliszka.
Bez pigułki gwałtu?
Gdybym chciał cię zgwałcić, to bym po prostu to zrobił, bez usypiaczy, bo nie jestem na tyle dewiantem, by zachwycać się nekrofilią. Uprzedzając twoje pytanie, gwałcicielem też nie jestem, bo wolę kobiety zdobywać, to swoista frajda, gra słów, półsłówek, domówień i domysłów. Siły używam, ale w nieco innych okolicznościach, w końcu nie bez powodu fatum stworzyło mężczyznę silniejszego od kobiety.
To już wrzucanie wszystkich do jednego worka, panie Igna...siak.
Ignaszak – poprawiłem. – Być może, ale to wyjątki potwierdzają regułę, tak więc od mojej reguły też muszą takowe istnieć.
Jakie są pańskie reguły.
Przede wszystkim nie odkrywać kart przed pierwszą randką, by nie spłoszyć wybranki.
Nie jestem wybranką i nigdy nie pójdziemy na randkę, tak więc?
Tak więc malowałem, przeszkodziłaś mi – odpowiedziałem dla zmiany tematu, poza tym chciałem by już sobie polazła. Nie mogłem z nią za długo przebywać w jednym pomieszczeniu, na tak bliską odległość, bo jej pragnąłem, a nie miałem takiego prawa. Była młoda, za młoda i... i tak powinno pozostać. Poza tym była cholernie skomplikowana, a moje życie od poczęcia nie było proste i niczego na tym świecie nie pragnąłem tak mocno jak ograniczenia swoich zmartwień, a nie jeszcze ich dokładania. Okazało się jednak, że Magdy pragnąłem o wiele mocniej niż wszystkiego dotąd.
Malowałeś? Pokażesz? – Jej oczy się rozświetliły i nim zdałem sobie sprawę z tego co robię, to wskazałem jej drogę na strych.
Moje gesty, ruchy, myśli, to wszystko kolidowało z sobą i nie chciało współgrać. Byłem otumaniony, otępiały i taki... nieżyciowy przez bycie dwa dni pod rząd na haju. W tamtej chwili jednak zbagatelizowałem swój stan, potarłem kciukiem nos, który ciągle miałem poczucie jakby był zakatarzony i ruszyłem za nią. Zanim zdążyłem ją powstrzymać ona już odsłoniła ciężką kotarę, oddzielającą połowę pomieszczenia i przyjrzała się samej sobie.
O cholera – wypaliła.
Jest aż tak źle? – dopytywałem, ale milczała. – Musisz wybaczyć, ale malowałem jedynie z pamięci i wyobraźni. – Znacząco spojrzałem się na jej biust, a potem przeniosłem swój wzrok na nagie, kobiece piersi będące częścią obrazu.
Gdybym miała takie cycki, dawałabym co niedzielę na tacę – rzuciła bez skrępowania, czym wprawiła mnie w żywe rozbawienie swoją bezpośredniością.
Zastanawiałem się czy ten kieliszek wystarczył, by ją upić, czy jest taka na co dzień, tak normalnie, po prostu. Zbliżyłem się do niej i sięgając jedną dłonią do jej żółtego sweterka zacząłem go rozchylać.
A jakie masz? – zapytałem.
Nie twoja sprawa! – warknęła. – Teraz już rozumiem – dodała uderzając mnie we wierzch dłoni, ale nie sprawiła tym, że zabrałem rękę. – Puszczaj! – krzyknęła szybko i zabawnie, ledwie zrozumiale i wyszarpnęła materiał spod moich palców.
Bez nerwów. Nic ci nie zrobię.
Zawsze tak robisz?
Czy zawsze nic nie robię?
Nie, nie o to chodzi – odparła z uśmiechem. – Przyprowadzasz kobiety do swojego domu, pokazujesz im jak je ładnie namalowałeś, a potem ciągniesz do sypialni.
Nie mam sypialni – przerwałem. – I jesteś pierwszą kobietą od bardzo dawna, którą namalowałem. Zainspirowałaś mnie.
Dlaczego jestem taka kolorowa? – zapytała pokazując na różnego koloru plamy na obrazie, które zdobiły jej uda, jedną pierś i fragment brzucha.
Bo jesteś nieprzewidywalna, barwna, kolorowa.
Tło jest szare, bo...?
Bo jesteś skomplikowana, a takie osoby zazwyczaj są pełne zmartwień. Ta ich barwność, to zazwyczaj ich poza.
Zazwyczaj. Może nie jestem jak wszystkie i nie mam na imię każda, co?
O to bym cię nawet nie podejrzewał. Nie da się ciebie wbić w jakiś jeden kanon, pierwowzór, ale każdy z nas, nawet najbardziej oryginalny osobnik, ma ten sam metaliczny posmak krwi, taki sam kształt mózgu i smród gówna. Cechuje nas pewnego rodzaju równość z kimś innym, jakaś cecha wspólna, powielanie schematów, które tym bardziej nas przyciągają im mocniej staramy się ich unikać. Nie jesteś aż tak wyjątkowa jak ci się wydaje.
A ty jesteś naćpany – stwierdziła z uśmiechem na ustach. – Podzielisz się?
A chcesz? – Nie wiem co mnie podkusiło by zadać jej to pytanie.
Chcę na moment zapomnieć, być gdzie indziej, z kimś innym i po prostu inaczej. – Spojrzała na mnie z nadzieją, a ja ciągle się zastanawiałem czy spełnić jej kolejny kaprys. – Jeśli to cię nie przekonało, to wiedz, że jutro podejmę najtrudniejszą decyzję w moim życiu i muszę na moment... po prostu. – Ze łzami w oczach wzruszyła ramionami, a ja wyciągnąłem samarkę z tylnej kieszeni dżinsów.
To koka, bierz tylko tyle ile na tę miniaturową łyżeczkę się mieści. Nie więcej – poinstruowałem, a ona przejęła ode mnie narkotyk.
Tę małą łyżeczkę nie równą długością nawet małego palca wyjęła z dilerki i nabierając na nią biały proszek zbliżyła do jednej z dziurek swojego nosa. Przycisnęła drugą z nich i się sztachnęła, a ja odwróciłem wzrok, by tego nie widzieć, by nie czuć wyrzutów sumienia.
Potem wszystko potoczyło się szybciej niż byśmy chcieli. Byliśmy naćpani, pijani i wylądowaliśmy na materacu, ułożonym na zimnym betonie, na tym właśnie poddaszu. Znaleźliśmy się w prowizorycznym łóżku, ale zakończyło się jedynie na kilku pocałunkach, dwóch westchnięciach i bez zdejmowania wielkości ubrań.
To byłby błąd – stwierdziła odzyskując trzeźwość.
Pewnie by był – przyznałem jej racje. – Jutro wracam do żony, dlatego ponownie założyłem obrączkę – postawiłem na szczerość.
Wracasz do żony i ćpasz oraz pijesz w samotności? Powinieneś się cieszyć, a nie być taki żałobny.
Może jestem uzależniony – podpowiedziałem.
Na pewno nie. Nie jesteś typem ćpuna, już bardziej alkoholika, ale z umiarem, ale nawet w to nie dałabym wiary. – Poklepała mnie po gołej klatce piersiowej. – Chciałeś kiedyś zasnąć i nigdy więcej się nie obudzić?
Setki razy. Ostatni raz dzisiaj – wyznałem. – Ja też jutro podejmuję najważniejszą decyzję w moim życiu. Mogę uzyskać szczęście kosztem innej osoby, a moja żona tego właśnie ode mnie oczekuje. O to się pokłóciliśmy. Okazało się, że jej nie kocham, bo gdy się kogoś kocha, to jest się w stanie dla tej osoby zrobić wszystko, nawet wykorzystać kogoś innego, nawet zabić.
Chcesz kogoś zabijać?
Być może już to zrobiłem? – dopytywałem. – Myślę, że lata temu zabiłem samego siebie. Idź już. Tak będzie lepiej.
Wtedy mnie posłuchała, wtedy wyszła, po kilku miesiącach jednak nasze drogi ponownie się spotkały i zaczęliśmy tak jak powinniśmy byli zacząć – od randki, spaceru, kolacji, tańcu w deszczu.
Potem spotykaliśmy się częściej i było coraz intensywniej, i nagle po wyjściu z uczelni, gdzie składałem papiery, natrafiłem na nią, u jej boku był facet, a w wózku spacerowym, mały, na oko półtoraroczny chłopiec.
Magda? – zapytałem, podchodząc do niej.
Ceś! – krzyknął na mnie ten mały, zadzierając głowę wysoko do góry i chyba oczekiwał, że mu odpowiem. Nie zrobiłem tego.
Patrzyłem na dziecko, na Magdę i na blondyna, który stał przy nich.
Marcin – przedstawił się młody mężczyzna z wyraźnie poczerwieniałymi, jakby od płaczu oczami. Wyciągnął dłoń.
Pan jest...? – dopytywałem witając się z nim.
Przyjacielem – wtrąciła Magda. – Nikim więcej – dodała przełykając ślinę w taki sposób jakby ją gardło bolało.
Przyjacielem? – zdziwiłem się. – A ten... chłopiec, to też przyjaciel? – wskazałem na dzieciaka obracającego smoczek w ustach w taki zabawny, zwinny sposób, ale wtedy ani trochę nie bawiło mnie jego zachowanie.
Myślę, że się domyślasz, dlatego zrozumiem, jeśli wczorajsze spotkanie okaże się być naszym ostatnim. – nachyliła się po jakąś zabawkę, którą dziecko wyrzuciło na chodnik, a potem podała mu butelkę najprawdopodobniej z herbatą.
Ma-ma – wysylabizowane dziecięcym, niepewnym, drżącym, nieopanowanym jeszcze głosem. Jedno słowo, które w tamtej chwili o mało nie zwaliło mnie z nóg.
Masz racje – rzuciłem. – To wczoraj, to było ostatnie nasze – dodałem. – Ostatnie w takim gronie. – Przykucnąłem przy chłopcu. – Cześć, masz jakieś imię?
Leon – odpowiedział za dzieciaka Marcin. – Ma na imię Leon – wyjaśnił, podczas gdy imiennik Tołstoja się mnie zawstydził i zaczął chować za zabawką.
Co ty robisz? – zapytała Magda zbita z pantałyku.
Bratam się z synem mojej dziewczyny, nie widać? Chyba najwyższa pora byśmy się poznali, nie sądzisz?
Szymon naprawdę nie musisz...
Ale chcę – przerwałem szybko.
W takim razie... zostawię was – powiedział Marcin i ulotnił się zanim, któreś z nas zdążyło zaprotestować.
Dasz mi poprowadzić? – zapytałem i już wstałem z kucek, by chwycić za jedną rączkę.
Potrafisz?
Mam trzy kategorie w prawie jazdy, myślę, że spacerówka to nie jest teoria fizyki kwantowej, tak więc... powinno obyć się bez kolizji. – Złapałem drugą rączkę i ruszyłem do przodu. – Idziesz?! – krzyknąłem na Magdę. – A może mam zabrać tylko twoje dziecko?
Idę, tylko...
Wiem, wiem, też byłem w szoku. On je już lody? – Wskazałem na zdziwionego chłopca, który zadzierał głowę mocno do góry by móc na mnie spoglądać, a potem rozglądał się za matką i coś do niej krzyczał w niezrozumiałym języku, jeszcze ze smoczkiem w ustach.
Je tak trochę. Lubi wafelki.
Zatem zabieram was na lody, usiądziemy gdzieś, a ty mi wszystko wyjaśnisz, bo bez wyjaśnienia się, Magda, nie obejdzie. W ogóle dlaczego on jest posiniaczony? – zapytałem zwracając uwagę na rączki i nóżki chłopca.
Spadł ze schodów.
Byłaś z nim gdzieś u lekarza?
Wracamy ze szpitala.
Kiedy tam trafił?
Wczoraj w południe – odpowiedziała szybo z miną jakby chciała powiedzieć „a co cię to obchodzi, jego ojcem nie jesteś?”.
Twoje dziecko było w szpitalu, a ty byłaś ze mną? – zdziwiłem się, a nawet więcej niż zdziwiłem. Byłem tym faktem zdruzgotany.
Marcin był przy nim i Piotrek.
Marcin to przyjaciel, tak? A Piotrek? Ojciec chłopca?
Brat. Leon nie ma ojca. Jest efektem... efektem mojej młodości.
Jesteś efektem – powiedziałem do dziecka. – To zawsze lepiej, młody niż być nazwanym wpadką i uwierz mi, wiem co mówię.
Zaśmiałem się, Magda też, a Leon ponownie powiedział „ceś!”.
Od tamtego wydarzenia minęło kilka długich lat. Teraz nie byliśmy w parku na lodach, a na cmentarzu, nieopodal rzeźby anioła. Pasek leżał na pokrytej wypłowiałą trawą ziemi, a Magdalena na masę. Uniosła się jednak na niej i spojrzała na mnie zaskoczona. Jej oczy pytały czy skończyłem, a ja nie mogłem temu przytaknąć. Nie w takiej chwili, bo było kilka zachowań u ludzi, których nie potrafiłem zdzierżyć i przejść obok nich obojętnie. Nienawidziłem kurewstwa, a to co Lena chciała zrobić, nie dało się inaczej określić. Nie zamierzałem pozwolić, by moja żona tak postępowała, więc nie mogłem jej darować. Tu już nie chodziło o to, że mnie nie posłuchała, że się naraziła, że pyskowała, czy narobiła kłopotów w rozmowie z policją, a o jej mentalność. Jaka była? Oddać się w zamian za uniknięcie konsekwencji? Oczywiście nie sądziłem, że gdyby sprawa dotyczyła kogoś innego niż mnie, to postąpiłaby tak samo. Wiedziałem, że nie byłaby w stanie zdradzić. Wielokrotnie mówiła, że brzydzi się zdradą.
Co to było? – zapytałem wprost. – Kupczenie własnym ciałem, czy może mam to określić po imieniu?
Spuściła wzrok, poza tym wciąż była wsparta łokciami o maskę samochodu, więc chwyciłem ją za ramiona i odwróciłem w swoją stronę, by na mnie spojrzała. Dłoń wsunąłem pod podbródek i ścisnąłem za policzki, ale delikatnie, by nie uczynić jej krzywdy.
Chcesz bym cię traktował jak dziwkę? – rzuciłem prosto w twarz. – Nie odpowiesz? – dopytywałem gdy jedna wyraźna łza toczyła się po jej policzku. – Po co więc zachowujesz się jak kurwa? Chcesz się sprzedawać? Bo to jest Magda sprzedaż, choć nie liczona w walucie pieniężnej. To było wyraźne, oddam się tobie, ale nie oberwę. I tu kolejne pytanie, za kogo w takim razie masz mnie? Za swojego klienta? Tak dla przypomnienia jestem twoim mężem, nikim mniej i nikim więcej, a gdybym chciał kurwę, to poszedłbym do burdelu i zapłacił, a nie się ponownie żenił.
Przepraszam – wyszeptała tak cicho, że ledwie słyszalnie.
Zachęcałaś mnie głośniej niż teraz przepraszasz – zarzuciłem oskarżeniem i zabrałem dłoń z jej twarzy. Wcisnąłem obie do kieszeni. – Uznam, że to nie była twoja mentalność, i że nie masz w zwyczaju zdobywać wszystkiego seksem. Że to był tylko pomysł, wyjątkowo głupi, za który powinienem cię sprać na kwaśne jabłko, by się więcej nie powtórzył i nie dlatego, że ja się brzydzę kurewstwem, a dlatego, że wiem, że ty, gdybyś teraz mi się oddała, to utraciłabyś szacunek do samej siebie. I pomimo że mam na ciebie ochotę i nieładnie, bardzo dosadnie mówiąc mi teraz stoi, to nie będę na tyle chujem, i nie będę własnej żony z godności i szacunku odzierał. – Wyciągnąłem dłonie z kieszeni i nachyliłem się po pasek. Złożyłem go na pół, ku przerażeniu własnej żony, a potem w asyście jej pełnego zaskoczenia, rozłożyłem ten kawałek skóry i zacząłem wsuwać do szlufek, gdzie było jego miejsce. – Wsiądź do samochodu – poleciłem.
Ale... – zaczęła niepewnie.
Nie ma ale. Powołałem się na twoją inteligencję i nie będę cię bił. Liczę, że dotrą słowa i dają ci do myślenia, bo uwierz, że jeśli nie to będę tylko lał, bez litości i patrzał czy przy tym równo puchnie. Wsiadaj do samochodu. – Ruszyłem w kierunku drzwi, tych od strony pasażera i otworzyłem je przed Magdą. – W domu sobie jeszcze wyjaśnimy sprawę tego twojego wyjścia do Oliwii – zapowiedziałem, gdy zapinała pasy.
Dobrze – przytaknęła, jak na nią niezwykle pokornie.
Eche. Ja uważam, że źle, bo jeśli teraz odpuszczę... – zacząłem i zamknąłem drzwi. Obszedłem maskę i wsiadłem na miejsce kierowcy. – Uważam, że jeśli teraz odpuszczę, a potem coś złego ci się stanie, przez to że znowu mnie nie posłuchałaś, to będę miał nie tylko wyrzuty sumienia, ale sam sobie nie będę umiał darować, że nic nie zrobiłem, gdy jeszcze mogłem. Dlatego poniesiesz konsekwencje, tyle że nie fizyczne. No chyba, że sytuacja się powtórzy, to miej to już teraz na względzie, że wtedy oberwiesz niemało i nie tylko za teraźniejszy wybryk, ale też za przeszły, za ten, który miał miejsce dzisiaj. – Uruchomiłem silnik, ale na moment jeszcze go wyłączyłem. – I jutro na policji grzecznie, bo naprawdę ręczę ci za to, że jeśli znowu rzucisz jakimś głupim, nieprzemyślanym i nie będącym na miejscu komentarzem, to ci tak mocno złoję skórę jak dawno tego nie zrobiłem. Przypomnij sobie jak źle może być i nie chciej tego doświadczyć ponownie, bo ja naprawdę nie chcę tego powtarzać i wolę mieć ciężką rękę po to, by zaciskać ją w pięść i w razie potrzeby bronić żony, a nie po to by za jej pomocą stawiać ją do pionu – zakończyłem monolog nie czekając na odpowiedź. Przekręciłem kluczyk, uruchomiłem silnik, zacząłem wycofywać i jednocześnie sięgnąłem do schowka pod radiem by podać żonie paczkę chusteczek higienicznych. – Proszę – powiedziałem nie patrząc na nią, a zerkając w boczne lusterko.