Czytam = Komentuje

Anonimowi – podpisujcie się!


Zapraszam was na blog z dodatkami o "Otchłani szarości":

http://miejskie-opowiesci.blogspot.com

piątek, 15 stycznia 2016

Sezon 1 - Część 35 - Tematy, które naprawdę bolą



MAGDALENA IGNASZAK

Siedziałam na tylnym siedzeniu Mazdy, należącej do mojego męża. Pewnie gdybym była w innym, mniej rozdygotanym stanie, to zwróciłabym uwagę na to, że pozwolił komuś poprowadzić swoją „dziewczynkę”. Byłam rozchwiana emocjonalnie i jako przyszły psycholog zdawałam sobie z tego sprawę, ale sama sobie nie umiałam wypisać recepty na lepsze jutro i wymazanie wczoraj. Psycholodzy nie zapisują leków, ich lekarstwami są słowa otuchy, albo motywacji do działania, dodanie wiary w to, że warto się podnieść. A ja teraz właśnie tonęłam. Nie tylko zanurzałam się w głąb siebie, a topiłam we własnych myślach. Tego było o wiele za dużo jak na kilka osób, a ja byłam z tym sama, ale miałam dzieci, czyli kogoś dla kogo warto brać się w garść.
Zerknęłam na Leona. Był smutny, taki melancholijny. Głowę miał wspartą na szybie, w dłoni trzymał grę, ale nie klikał w klawisze. Wszystko wskazywało na to, że się zamyślił. Zagadnęłam, czy chce soczek, bo takowy miałam w torebce. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie mam przy sobie mojej torebki!
Tomek, musimy się wrócić! – krzyknęłam szybko do szwagra.
Akurat zatrzymywał się na światłach, więc szybko odwrócił głowę i spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
Co się stało? – padło z jego ust, jak zwykle bez cienia gniewu czy zdenerwowania.
Tomek był typem choleryka, który długo się rozpalał, tak więc jego wybuchy nie były częste, za to były mocne. Ja jednak nie musiałam się obawiać. Nigdy nie skierował swojego gniewu na mnie. Gdy mieszkał z nami to zazwyczaj wykłócał się z Szymkiem.
Zostawiłam torebkę.
Gdzie?
Nie wiem! – uniosłam się. – Chyba w parku – dodałam, przypominając sobie, że to tam byłam ostatnim razem.
Blondyn spojrzał na drogę w chwili, gdy ktoś stojący za nami zatrącił. Ruszył, ale już po chwili zjechał na bok i zatrzymał się. Podał mi swoją komórkę, a ja zdezorientowana nie wiedziałam po co on to czyni. Zerkałam to na niego, to na nowoczesny smartphone i tak pewnie czyniłabym bez końca, gdyby się nie odezwał.
Do Szymona dzwoń.
Nie – szepnęłam tylko i pokręciłam głową.
Magda...
Poszukajmy jej – zaproponowałam, mając na myśli moją torebkę.
Trzeba zabukować kary – stwierdził ostro.
Mam tylko jedną... dwie – poprawiłam wszystko.
Nieważne, możesz mieć nawet pół i tak trzeba zabukować. Zacznij ogarniać. – Pstryknął palcami tuż przed moimi oczyma.
Miał rację, więc drżącym kciukiem wybrałam numer swojego męża i spojrzałam na zaciekawionego całą sytuacją Leona. Miał dzikość w oczach, taką specyficzną mgłę, jakby miał zamiar się rozpłakać, albo był naćpany. Obiecałam sobie, że stanem Leosia zajmę się później i nie miałam na myśli tylko jego mętnego wzroku, ale przede wszystkim siniaki, które szpeciły jego pięcioletnie ciałko.
Wysiadłam z samochodu, aby Leon nie słyszał jak brzmi rozmowa moja i Szymona. Cholernie się bałam i słysząc czwarty sygnał miałam nadzieję, że nie odbierze, ale odebrał.
Coś nie tak? – zapytał niby rzeczowo, ale z nutką takiej ostrości w głosie, że na myśl przychodziło mi jedynie porównanie do papryczki chilli. – Pytałem o coś! – warknął i nagle zmieniłam zdanie. Nie brzmiał ostro jak papryczka chilli, a jak piła mechaniczna.
Szy... Szy... Szymon – zaczęłam, czując jak słowa nie chcą mi przejść przez gardło.
Tak? – dopytywał.
Muszę... muszę coś ci powiedzieć, ale się zdenerwujesz – uprzedziłam.
Nie wiem czy bardziej się da – stwierdził chamowatym tonem. – Ale proszę bardzo, próbuj, może jednak się mylę i uda ci się ustanowić nowy rekord. No dalej, kochanie, czekam – popędzał.
Musisz karty zabukować – wyjawiłam szybko, bo wiedziałam, że jak będę przedłużać i gdzieś się zatrzymam, to już nie dam rady powiedzieć ani słowa.
Szymon zamilkł. Wydawało mi się, że dosyć długo milczał, ale w rzeczywistości pewnie nie trwało to więcej niż jakieś pół minuty.
Zgubiłaś karty? – wywnioskował, ale jednocześnie zadał pytanie.
Tak – odpowiedziałam szczerze z kolejnymi łzami cisnącymi mi się do oczu i przeszłam na przód samochodu. Wsparłam się pośladkami o maskę i wyczekiwałam czy powie coś jeszcze, choć szczerze korciło mnie, by się rozłączyć. – Przepraszam – szepnęłam, chcąc załagodzić jego gniew.
Ile ty masz lat? – zapytał z nutką cynizmu. – Sama siebie i swoich rzeczy nie umiesz upilnować i jeszcze masz pretensje do mnie, że cię w tym wyręczam? – jak zwykle w takich momentach uraczył mnie stanowczym, mocnym i pewnym siebie tonem, w którym gniew był wręcz wyczuwalny, ale nie było krzyku. Szymon taki już był, prawie nigdy nie zdradzał swoich emocji.
Nie czekał na moją odpowiedz, rozłączył się.
W tamtej chwili pomyślałam, że gdy już będziemy sami, to on z całą pewnością mnie rozszarpie. Sam był nieuczciwy. Uciął temat o siostrze, nigdy nawet nie wspomniał, że ma siostrę, kłamał, że jego matka zmarła wraz z ojczymem w wypadku samochodowym, śledził mnie, ale to on był górą i to on rozdawał karty, a ja się na to zgodziłam w dniu przyjęcia jego oświadczyn.
Teraz mogłam narzekać bez końca i niczego tym nie zmieniać, albo spakować się i odejść, najzwyczajniej wnieść o rozwód i się z nim rozstać. Zawsze jednak wybierałam tę trzecią opcje, czyli co najwyżej popłakałam sobie w kącie, czy do poduszki, a potem prostowałam się, stawałam na równe nogi i szłam przez to życie dalej, u boku męża, choć nie było łatwo. Nie będę jednak kłamała, że bywało tragicznie, bo nie bywało. Szymon nie był agresywny, nie rzucał się na mnie z pięściami o byle gówno i nie przyszpilał moich pleców do ściany. Miał po prostu swoje wymagania i jego główną wadą było to, że potrafi podnieść na mnie rękę, ale ponad tym były zalety, dużo zalet, które posiadał. Miałam jego miłość, jego zainteresowanie, chęć tworzenia rodziny, opiekowania się moimi dziećmi, czas dla siebie, wspólne wypady do kina i na miasto, inteligentne rozmowy i tą bliskość, której niektórzy nie wytworzyli między sobą nawet po połowie wieku, spędzonej obok siebie, bo to właśnie było ich błędem – byli obok siebie, a nie razem. Szymon też tylko raz ośmielił się nad sobą nie zapanować i uderzyć mnie w twarz, wtedy gdy ja uczyniłam to pierwsza. Nigdy wcześniej, ani nigdy później taka sytuacja się nie powtórzyła. Bił, fakt był faktem – byłam żoną człowieka, który mnie bił, ale nie byłam żoną typowego damskiego boksera, ani też despoty. Czasami miałam wrażenie, że na psychice mojego męża, tylko i wyłącznie Freud byłby wstanie zrobić doktorat, bo wszyscy inni, nawet najlepsi, byli za bardzo znacznymi laikami, by w ogóle się odważyć go przebadać. Ci inni za to mogliby przebadać mnie. Nie miałam syndromu Sztokholmskiego, nie byłam ofiarą, która pokochała swojego oprawcę, bo ja nigdy, przenigdy nie myślałam ani o Szymonie jak o kacie, ani o sobie jako o ofierze. Nie usprawiedliwiałam go też w swojej głowie, bo to nie było konieczne. On się nade mną nie znęcał. On posuwał się do ostateczności, tylko w chwili, gdy naprawdę musiał i wiedziałam, starałam się zrozumieć, że tym sposobem okazuje miłość, troskę, chęć chronienia mnie. Nigdy jednak nie pozostawał głuchy na argumenty i właśnie nimi mogłam się posłużyć, zamiast wpadać do jego gabinetu i urządzać karczemną awanturę.
Jedziemy dalej – zapytał Tomek, wychylając głowę poza samochód.
Tak – przytaknęłam i jeszcze chwilę wpatrywałam się naprzeciw, w tylne światła mijających nas samochodów, a potem ponownie zajęłam miejsce na tylnym siedzeniu, obok Leona.
Tomasz milczał, skoncentrowany był na drodze, a ja dalej myślałam, zarówno o tym co już za mną, jak też o tym co mnie czeka.
Przeproś go – szepnął jakby się bał to na głos zaproponować, a jego myśli po prostu przepadkiem wydarły się na powierzchnie i dotarły do mojego ucha.
Spojrzałam na szwagra niezrozumiale.
Przeproś go – powtórzył. – Schowaj dumę i godność do kieszeni, dla swojego dobra. Po prostu go przeproś, bo w życiu nie widziałem go tak wkurwionego – wysyczał z odrazą ostatnie słowo.
Ja już kiedyś widziałam – wspomniałam.
I przeżyłaś?
Siedzę tuż za tobą. – Uśmiechnęłam się, a potem lekko zaśmiałam.
Czasami po prostu pozostawał tylko śmiech i miałam gdzieś to, że mój własny syn, zaspanymi oczami, patrzy na mnie jak na skończoną wariatkę, którą czasami miałam wrażenie, że naprawdę byłam, a jeśli jeszcze jakoś się trzymałam brzegu racjonalizmu, to i tak zapewne było tylko kwestią czasu i w końcu stanie się nieuniknione – utonę w oceanie absurdu.
Możesz jeszcze zgłosić to na policje – zaproponował nagle Tomasz. – To mój brat i... i nigdy nie widziałem nic na własne oczy, ale... skłamię, dla ciebie skłamię. – Zatrzymał się przed automatycznie otwieraną furtką, do której żadne z nas nie miało pilota.
Słowa Tomka docierały do mnie dziwnym echem, jakby znajdowały się wraz ze swoim właścicielem za taflą szkła. Dotarło do mnie, że on wie, że najprawdopodobniej od zawsze wiedział. Mój nieobecny wzrok zaczął błądzić po jego twarzy, która teraz znajdowała się naprzeciw mnie, bo jej właściciel uklęknął na przednim siedzeniu i wychylił się tak mocno, że nasze nosy niemal się zderzały. Szymonowi brakowało zagłówka przy siedzeniu pasażera. Dziwiło mnie, że nigdy nie naprawił tej wady w tej starej Maździe, która była jego oczkiem w głowie. Myślałam o samochodzie, bo nie chciałam stawić czoła myślom, że Tomasz wie, że od zawsze wiedział.
Blondyn skrzywił się, zamlaskał, a potem wyjaśnił:
Prawie trzy lata. Mieszkałem z wami prawie trzy lata, a Szymona znam całe moje życie. Wiem jak traktował swoje żony.
Żony? – podłapałam ostatnie ze słów.
Leon zatkaj uszy – polecił nagle Tomek, ale Leoś już przymykał oczy i ani myślał spełnić polecenia. Było dziwnym, że nawet się nie wybudził na zapowiedź tak ciekawej nowiny. Gdy Szymek kazał mu zatykać uszy, to zawsze się ożywiał i nadmiernie wręcz przysłuchiwał, a nawet wtrącał.
Z nim coś jest nie tak. – Wskazałam brodą na syna.
Może jest zmęczony – zbagatelizował i ja także pragnęłam w to wierzyć, ale jednak instynkt matki nakazał mi złapać Leona za ramie i nim potrząsnąć.
Synek! – zawołałam. – Leon jesteśmy w domu, obudź się!
Byłam w szoku, że nie reaguje na moje potrząsania, choć usilnie drgały mu powieki i unosiły się ku górze, by ponownie opaść. W końcu zatrybił i spojrzał na mnie niemal trzeźwym, ale takim aż za bardzo agresywnym wzrokiem.
Co?! W domu?! – dopytywał i zaczął wypinać się z fotelika.
Moje serce, które dłuższą chwilę stało w miejscu, ponownie zaczęło bić, a ja nabrałem głębiej powietrza do płuc i starałam się unormować oddech.
Mówiłem, że jest zmęczony. – Blondyn się uśmiechnął i pognał wzrokiem za moim synem, który w istocie nawet nie był jego bratankiem.
Mówiłeś też coś o żonach.
O tobie i Milenie – wyznał. – Byłem raz światkiem jak ją uderzył, domyślam się, że ciebie traktuje podobnie, bo coś co z początku, jako kilkunastoletni gówniarz wziąłem za perwersje i fetysz, zostało przez niego zbrukane wyjaśnieniem, że od wieków żony mężowie od czasu do czasu, dla zachowania porządku...
Nie kończ – syknęłam. – Znam teorie Szymona i jego podejście, jakby wciąż trwał dziewiętnasty wiek.
Ten system sprawdzał się od lat, więc...
Nie zamieniaj się w niego! – krzyknęłam, a on się zaśmiał.
Nie chciałem, tylko cytowałem – wyjaśnił i pomachał mi na pożegnanie, wskazując jednocześnie palcem za moje plecy, tuż na drzwi domu.
Piotrek już na mnie czekał.
Wzięłam Leona za rękę i wyminęłam mojego brata, rzucając do niego:
Nie odzywaj się do mnie.
Przepraszam, puściły mi nerwy. – Lazł za mną niczym natrętne psisko, które się przyczepiło i nie chciało zboczyć z drogi, skręcając w inną stronę. – Magda, naprawdę przepraszam, ale Marcin to nie jest dobry pomysł.
Marcin, to nie pomysł, to człowiek. – Podniosłam Leona by go posadzić na komodzie i zdjąć mu buty, bo mały ponownie jakoś tak zaczął opadać z sił i dosłownie usypiać na stojąco.
To zły człowiek! – wrzasnął tak, że niemal ogłuchłam, bo jego usta znajdowały się przy moim uchu.
A ty? Lepszy jesteś?
O stokroć – zapewnił.
Spojrzałam na niego, miał rozchylone lekko usta i rozbiegany wzrok, ale po chwili skupił swoje jasne tęczówki tylko na mnie, a dokładnie na samym punkcie centralnym moich źrenic.
Iwa – powiedział szeptem.
Od lat nikt mnie tak nie nazywał, choć kiedyś wszyscy na podwórku tak za mną wołali. Potem byłam już tylko Magdą, aż w końcu pojawił się Szymon ze swoim Lenka.
Nie mów tak do mnie, odwykłam i jeszcze się pomylę i pomyślę, że to nie do mnie.
Mówię do ciebie i cię ostrzegam. Tu nie chodzi tylko o to w co Marcin cię wpakował. – Ponownie zaczął za mną leź, bo ja wzięłam Leona na ręce, by zanieść go do łóżka. – Daj go, jest ciężki. – Wyrwał mi dziecko z dłoni i sam zaniósł go do pokoju, gdzie położył na czarnej pościeli w kolorowe, małe jabłuszka i zaczął go rozbierać.
Ledwie zsunął Leosiowi spodnie do kolan, a cofnął się o krok i zamarł przykładając rękę do ust.
Zostawiłaś go samego z Marcinem? – zapytał z pretensją.
Nie. – Pokręciłam głową. – Z Szymonem i z tobą.
Skąd ma...
Mówi, że uderzył się.
Ze sto razy? – dopytywał. – Co mu się stało?
Nie wiem i też się o to martwię! – wrzasnęłam. Miałam już dość tych oskarżeń.
Nigdy, przenigdy, nie zostawiaj go samego z Marcinem. Żadnego dziecka z nim nie zostawiaj – wywarczał przez zaciśnięte kły, niczym wilk gotowy do skoku i walki, byleby tylko uchronić swoją watahę.
Dlaczego? – Byłam naprawdę zdezorientowana.
Może dlatego, że przez niego wychowujesz dziecko, które twoje nie jest! – ryknął. – A może dlatego, że wiem o nim więcej niż ty i on jest niebezpieczny! – uniósł się jeszcze bardziej i uderzył palcem wskazującym w powietrze. – Oddałbym za ciebie życie, on też, ale ja bym ci go nie odebrał, a on o mały włos tego nie zrobił.
To nie była jego wina! – odpowiedziałam.
Nie jego? Jesteś chora czy nie do końca normalna? – zapytał znacząco, a ja zerknęłam na Leosia, który sam pozbawił siebie spodni, wszedł pod kołdrę i obrócił na bok.
Mały przyłożył kciuk do ust i dotknął go czubkiem swojego języka. Uroczo wyglądał zawsze gdy tak spał, ale ja nie miałam teraz czasu i możliwości by się na tym rozczulać, bo przed sobą miałam rozwścieczonego brata, który na siłę próbował we mnie weprzeć, że coś za co ja też ponosiłam odpowiedzialność, było tylko i wyłącznie winą Marcina. Musiałam jednak powiedzieć Piotrowi coś jeszcze.
Był w fundacji pewien facet. Pytał o Leona.
Cudownie. Dlaczego o Leona? W sumie to dobrze, że pyta o żyjących, a nie umarłych.
Przestań!
Zabiliście Magda i nie przestanę, a wiesz dlaczego? – zapytał podchodząc do mnie. – Bo w przeciwieństwie do Marcina, nie jestem dwunożną bestią.
Chciał mnie ratować.
Zabił faceta, który chciał swoje dziecko.
Chciał moje dziecko!
Nie jest twoje! – wrzasnął z taką mocą, iż chyba tylko cud utrzymał ściany na swoim miejscu. – To dziecko nie jest twoje – powtórzył ciszej, ale znacznie dobitniej.
Urodziłam je – przypomniałam.
Jesteś chora – wysyczał ze łzami w oczach. – Wydanie na świat cudzego potomka, nie czyni z ciebie jeszcze matki tego dziecka. Gdzieś tam w świecie jest kobieta, której to dziecko ma geny, oczy, włosy i nie ty nią jesteś, ty to dziecko tylko urodziłaś, za duże pieniądze – przypomniał dobitnie, wyminął mnie i wyszedł z pokoju dziecięcego.
O czym wujek mówił? – wyszeptał słabo Leon, który ponownie toczył walkę z opadającymi powiekami.
O niczym. – Przyklęknęłam przy jego łóżku, wcześniej ocierając łzy, tak by ich nie widział. – Coś ci się przyśniło, synku. – Starałam się go uspokoić, więc przeczesałam jego włoski tak jak lubił najbardziej. – Jesteś moim synkiem – zapewniłam i nachyliłam się bardziej, by móc musnąć Leona w czoło, było dziwnie słone.
Postanowiłam jeszcze trochę przy nim posiedzieć i co jakiś czas doglądać, czy wszystko jest z nim w porządku. Piotrek w końcu zjawił się ponownie w pokoju dzieciaków i oznajmił, że pojedzie po Pole do przedszkola.
Tylko uważaj na swoich wierzycieli – powiedziałam do jego pleców. – No co się tak patrzysz? – zapytałam, gdy wbił we mnie jasne, pełne niewiedzy spojrzenie. – To przez ciebie Szymon mnie śledzi, bo zaczął się niepokoić, bo mnie napadli, a to było przez ciebie i twoje długi.
Może, w takim razie sorry. Spłacę.
Z czego, skoro znowu bierzesz?
Nic nie biorę.
Tak, tak, a ja jestem prywatną wróżką Piotrusia Pana. Chwilowo możesz mnie uznać za swojego anioła stróża. Jak liczne są twoje długi?
Nie mam...
Ile im stoisz!? – ryknęłam, podchodząc do niego z nieprzejednaną miną. Leon zawiercił się, gdy usłyszał mój krzyk, ale dalej stał. – Powiedz ile, a ci pomogę, jeśli będę mogła.
Nie masz tyle.
Może mam. – Uśmiechnęłam się triumfalnie.
Siedem tysięcy i jakieś osiem stów.
Otworzyłam usta zszokowana.
Jakim cudem zdążyłeś się na tyle zadłużyć? – zapytałam.
Dziwki i prochy kosztują – przypomniał.
Dziwki? – Zaśmiałam się. – Piotrek... skończ udawać. – Zaśmiałam się lekko, a potem po prostu uśmiechnęłam wyrozumiale. – Przestań w końcu przede mną udawać, że nie lubisz kobiet.
Męskie burdele też kosztują. Nawet więcej niż damskie. – Poruszył szybko głową na tak, jakby dostał delirki i zaczął iść szybko w kierunku schodów, a następnie po nich zbiegać.
Pojedź taksówką! – krzyknęłam za nim.
Tym właśnie jeżdżę! – odkrzyknął. – Samochód zajął komornik! – dodał.
Uderzyłam głową o ścianę, bo dotarło do mnie, że dla Piotra nie ma ratunku. Do mojego brata można było wyciągać pomocną dłoń tysiąckroć razy, a on i tak zawsze upierdolił całą rękę, pożywił się nią i szukał kolejnej pomocnej dłoni. Wszyscy w końcu go skreślali, tylko moja ręka ciągle odrastała, bo był moim bratem, bo zawsze był przy mnie co by się nie działo i na swój sposób mi pomagał... bardzo mi pomagał. Poza tym rozumiałam dlaczego bierze. Ojciec się od nas odsunął, gdy pojął, że ja jestem owocem zdrady, a Piotr jest... pedałem. Musiałam to w końcu przyznać sama przed sobą. Piotr prowadzał się z dziewczynami na pokaz, by ukryć swoją orientacje, ale był gejem, nigdy nie interesowały go kobiety i pocałował tylko dwie w życiu, tak naprawdę po męsku, z tym wyczuciem i językiem niemal w samym gardle. Pierwszą taką dziewczyną była ta co z nią chodził jeszcze w czasach gimnazjalnych, ale ona go zostawiła, bo przy niej mu nie stawał. Drugą taką dziewczyną byłam ja, gdy chciałam się pozbyć jednego natręta i poprosiłam Piotrka o przysługę, by udawał mojego chłopaka. To też tamtego dnia, gdy się całowaliśmy w loży, w jednym z najbardziej tłocznych klubów, poznaliśmy Marcina. Potem nieco zabawiliśmy się jego kosztem, bo chcieliśmy sprawdzić jego tolerancje i... w efekcie Marcin do dziś sądził, że ja i Piotr... nigdy nie wyprowadziłam go z błędu. Z początku chciałam, ale potem ten błąd, mógł sprawić, że będziemy razem, że... nieważne. Ja byłam tutaj, Marcin ciągle gdzieś w świecie i poza moim zasięgiem, i w głębi duszy wiedziałam, że tak powinno pozostać, że nie było nam pisane by być razem. Poza tym był też Szymon, którego na swój sposób naprawdę bardzo mocno kochałam. Zupełnie inaczej niż Marcina, ale jednak... kochałam i nie byłabym w stanie go porzucić, i tak po prostu od niego uciec.