Czytam = Komentuje

Anonimowi – podpisujcie się!


Zapraszam was na blog z dodatkami o "Otchłani szarości":

http://miejskie-opowiesci.blogspot.com

niedziela, 3 stycznia 2016

Sezon 1 - Część 34 - Mieć dość kobiecych humorków


SZYMON IGNASZAK

Siedziałem właśnie w sali konferencyjnej, znajdującej się na drugim piętrze mojej galerii sztuki. Rysowałem markerem po tablicy wykres, który przedstawiał ceny mieszkań i ich wzrost z roku na rok. Niegdyś pokój dało się wynająć za raptem sto złotych i to na cały miesiąc. W dzisiejszych czasach było to niemal niemożliwe, bądź graniczące z cudem i to właśnie starałem się powiedzieć inwestorom oraz dyrektorstwu kilku administracji. Tak szczerze to usilnie usiłowałem przekonać ich do mojego pomysłu inwestycyjnego, który miał na celu skupienie mieszkań po licytacji komorniczej, doprowadzeniu ich do stanu używalności, ale w taki sposób by dało się na nich zarobić, czyli zrobienie z jednego takiego mieszkania kilku klitek – jeden pokój z aneksem kuchennym, mała łazienka z toaletą i na tym koniec. Wielu studentów narzekało na współlokatorstwo. W ten sposób mieliby zachowaną prywatność i spokój, a tak mały metraż nie sprzyjał organizowaniu imprez, więc i my nie musieliśmy się martwić o straty, których delikwent nie byłby wstanie pokryć ze stypendium, czy z dorywczej pracy.
A co z tymi co chcą współlokatorzyć? – dopytywał gruby pan w okularach. – Nie uśmiecha mi się, by pan przeremontowywał moją kamienicę!
A uśmiecha się panu trzymanie w niej tych, którzy od lat nie płacą?
Mają eksmisję.
I nic sobie nie robią z papierka! – uniosłem się. – Nie ma się co dziwić. Samotną kobietę z dziećmi, albo do tego jeszcze z mężem nierobem nie wywali pan na bruk, bo media by nie dały żyć. Ja to wiem i pan to wie. Oni mogą mieć eksmisję, ale siłą ich pan nie wyrzuci. Nikt nie kupi mieszkania z wymeldowanymi, ale wciąż obecnymi lokatorami.
Proponowaliśmy im socjal, ale kręcą nosem – dodał siedzący obok grubego pana w okularach, szczupły jak szkapa pan, na bank z soczewkami, bo kolor jego oczu był za bardzo intensywny.
Socjal bez toalety, jedenaście metrów na kwadracie, na kilka osób? – zgadywałem. – Też bym kręcił nosem.
A jak pan kupi te mieszkania, czy też wynajmie, to się ich pan pozbędzie?
Kupią inwestorzy. – Tu wskazałem dłonią na Zbyszka, Huberta i dwóch innych. – Ja będę tylko dyrektorem całego przedsięwzięcia.
Do rzeczy, jak się pan pozbędzie...
Nie. – Pokręciłem głową na boki. – Tego państwu zdradzić nie mogę, bo wykorzystają państwo mój pomysł, a mnie zależy na współpracy. – Wsunąłem markera do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjąłem z niej długopis z moimi inicjałami. – Wystarczy, że państwo podpiszą umowę. Od was oczekuję wyłączności, od inwestorów remontu, a nagabywaniem klientów i pozbyciem się starych, dokuczliwych lokatorów zajmę się sam. To już nie będzie wasz problem.
Chce pan kupić te mieszkania po znacznie zaniżonej cenie.
Dziwi się pan? – zapytałem, kładąc dłonie na blacie długiego i szerokiego stołu. – Ja kupuję nie tylko mieszkania, ja kupuję też tych ludzi co w nich się gnieżdżą, a więc paradoksalnie jesteście jak te promocje więcej za mniej. – Zaśmiałem się z żartu, a większość poszła w moje ślady i wtedy drzwi znajdujące się niemal dokładnie naprzeciw mnie, otworzyły się. – Nie słyszałem pukania – wytknąłem, widząc same dobrze mi znane buty sportowe na koturnie i do tego dresowe spodnie.
Bo nie pukałam! – wrzasnęła histerycznie.
Przyjrzałem się jej uważnie. Miała wyraźnie opuchniętą wargę, nabrzmiałą i zranioną. Jej dłoń kurczowo trzymał Leon, chyba popłakiwał. Niewiele z tego rozumiałem, a właściwie to jeśli mam być szczery, to niczego z tego nie rozumiałem.
Ja pracuję – wyjaśniłem i wskazałem dłonią zarówno na wykres, co i na komputery stojące przede mną, z których jeden był podłączony do rzutnika.
Ja też bym, kurwa, pracowała, gdyby nie twoje poronione pomysły!
Zniż ton! – wrzasnąłem i na krótką chwilę nastała cisza.
Ja i Magda mierzyliśmy się spojrzeniami, a ludzie zebrani w sali szeptali coś do siebie. Jeden pytał się drugiego co się dzieje i kim jest ta pani, ale łaskawy Peterwas im wyjaśnił:
Żoną, ta pani jest żoną.
Nie patrzyłem na mojego chrzestnego, ale mógłbym przysiąc, ze gdy wypowiadał te słowa, to zapewne chytrze i niezwykle cynicznie, ale też przy tym niepodważalnie grzecznie się uśmiechnął.
Wyszedłem zza głównego miejsca za stołem, tego które zwykle zajmowałem i wskazałem dłonią na drzwi.
Wyjdźmy – zwróciłem się do żony.
Wyjdźmy? Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Myślisz, że będziesz mnie śledził?! Szpiegował?! – dopytywała, a ja naprawdę nie wiedziałem o co może jej się rozchodzić, ale kiedy wyjęła telefon komórkowy, to nagle wszystko stało się dla mnie jasne. Magda wiedziała. Pytanie tylko, skąd? – Nie będziesz tak robił! Tyle ci powiem! – Darła się jak opętana, a jej ruchy były niestabilne, takie narwane i kanciaste.
Stałem i obserwowałem jak moja żona usiłuje rozmontować telefon na części pierwsze. Zdjęła tylko tylny panel, bo bateria się skutecznie zbuntowała. Lena w przypływie furii, nie trudziła się z dalszym demontażem, tylko po prostu rzuciła najnowszym modelem Sony, wprost pod moje nogi. Właściwie to oberwałbym w stopę, gdybym nie uskoczył w bok.
Dość publicznych przedstawień – powiedziałem bardziej do siebie niż do niej i ruszyłem na przód.
Leon, który dotychczas stał z boku, teraz odsunął się nieco dalej i z zaciekawieniem w ciemnych tęczówkach, obserwował całe zajście, bo zapewne zwyczajnie, na swój dziecięcy rozum i logikę starał się pojąć o co tak naprawdę chodzi.
Zbliżyłem się do Leny i starałem się ją pochwycić za nadgarstki, ale w efekcie jej pięści odbiły się od mojej klatki piersiowej, otwarta dłoń zdzieliła mnie w twarz, a jej usta wykrzykiwały „puszczaj” i „nie dotykaj mnie”. Oczywiście miałem nieodpartą ochotę jej oddać, ale utrzymanie w domu dyscypliny polegało na tym, by nie bić kobiety, gdy ma się ochotę, bo to zaburza cały rytm, a w złości i gniewie łatwo o przesadę. Powstrzymywałem się więc. Co prawda kiedyś Magdzie konkretnie strzeliłem w twarz, ale ani nie byłem z tego powodu dumny, ani nie popierałem tamtejszego mojego zachowania. Wtedy po prostu górę wziął alkohol i emocje. Odwinąłem jej się tamtego dnia przy dziecku, a teraz nie zamierzałem tego powtarzać. Byłem od niej wyższy, silniejszy, starszy i byłem mężczyzną, głową rodziny, a to znaczyło, że byłem zmuszony zachować możliwie jak najwięcej zimnej krwi.
Udało mi się pochwycić Magdę w taki sposób, by ją po prostu obezwładnić. Jej plecy dotykały mojej klatki piersiowej, a ręce były skrzyżowane i uwięzione w stalowym uścisku moich dłoni. Oczywiście ona dalej krzyczała, właściwie to darła się jak opętana, a łzy leciały ciurkiem po jej twarzy. Nigdy wcześniej nie widziałem jej aż w takim stanie, ale nie jej furia mnie interesowała, ani jej powody, bo tych się już domyślałem. Zastanawiało mnie, gdzie ona znowu polazła, że jest posiniaczona i to posiniaczona na twarzy. Martwiłem się o nią. Byłem na nią cholernie w tej chwili wściekły, ale bardziej niż wściekłość dominowała w moich emocjach szczera troska i poczucie, że powinienem się nią lepiej opiekować. Magda z mojego narkotyku w pewnym momencie stała się moją żywą obsesją. Zdawałem sobie z tego sprawę każdego dnia, ale nigdy nie chciałem się z niej wyleczyć.
Zmieniłem uścisk tak, że jej nadgarstki krępowałem w jednej dłoni, jednocześnie dociskając całą rękę od łokcia do jej ciała w okolicy brzucha. Drugą dłonią pochwyciłem za materiał jej spodni, a następnie pod kolanem. Wszystko po to by móc ją podnieść i wynieść z sali konferencyjnej. W życiu nie sądziłem, że tak drobna, niewiele ważąca kobieta może mieć taką zaciętość i wole walki. Szarpaliśmy się dobre pięć minut, zanim w końcu udało mi się ją unieść i wynieść za drzwi.
Ledwie postawiłem Magdę na ziemie, a konkretnie to na niej położyłem pośladkami, bo tak mi się wywinęła, że innej możliwości nie było, a już dostrzegłem Tomka wstającego z krzesła i zmierzającego w naszą stronę.
Nie chciałem jej wpuszczać, gdy była w takim stanie, ale...
To trzeba było tego nie robić! – wrzasnąłem piorunując spojrzeniem niższego ode mnie o półtora głowy blondyna.
Ale kiedy ona... jak ja miałem...
Tak! – wrzasnąłem i nachyliłem się po żonę. Chwyciłem za materiał jej żółtego swetra ze wzorem trzech warkoczy na przedzie i podniosłem do góry. Uniosłem lewą dłoń nad jej twarz i być może i miałem ochotę ją zdzielić, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem i chwyciłem za jej ramie. Mocno zacisnąłem i dosłownie wrzuciłem ją do pokoju obok, mając świadomość, że znajdują się tam tylko cztery, położone jeden na drugim materace. – Zajmij się Leonem i tych ludzi z konferencyjnej jakoś ogarnij! – ryknąłem do niego polecenie.
Jak?
Co jak? – Zatrzymałem się przed samym wejściem, z dłońmi zaciśniętymi na klamce otwartych drzwi.
No tych ludzi...
Nie wiem, kurwa, kawę im może zaproponuj! Wszystko ci trzeba mówić, jak wtedy gdy miałeś pięć lat? Jeszcze trochę i pomyślę, że wychowałem niedecyzyjnego nieudacznika!
Nie czekając na odpowiedź Tomka, wiedząc, że pewnie i tak by nic nie odpowiedział, tylko spuścił głowę i czekał na dalszy ciąg bury, po prostu przestałem mu ją dawać. Wszedłem do pomieszczenia gdzie była Magda i zatrzasnąłem z głośnym hukiem za sobą drzwi.
Jesteś nienormalny?! – zapytała czy też stwierdziła, zanim ja zapaliłem światło.
W końcu jednak dotknąłem włącznika, naparłem na niego dłonią i nastała jasność.
Nie masz prawa mnie... – zabierała się za kontynuacje, ale nie miałem zamiaru jej na to pozwolić.
To ty nie masz prawa! – ryknąłem, chyba po raz piąty w życiu na własną żonę i choć nie byłem z tego dumny, bo byłem przeciwnikiem podnoszenia głosu na kobietę, to nastawały momenty, gdy po prostu inaczej się nie dało. – Nie masz prawa urządzać takich scen i jeśli liczysz, że ci na to pozwolę, i że ci to ujdzie płazem, to jesteś w błędzie, dużym błędzie!
Zatrzęsła się, ale chwile potem znowu odzyskała fason. Powróciła w niej waleczność i jakaś dziwna niechęć do mojej osoby. Padły kolejne wrzaski o śledzeniu i o siniakach Leona. Po raz kolejny tego dnia dla mojej żony byłem nienormalnym debilem i po raz kolejny jej pięści spotkały się z moją klatką piersiową. Tym razem waliły w nią na oślep. Powstrzymałem ją, unieruchamiając ręce, ale miała jeszcze wolne nogi. Odebrałem kilka solidnych kopnięć, zanim chwyciłem pewnie i stanowczo za jej włosy. Owinąłem je sobie wokół jednej dłoni i szarpnąłem w dół. Nie przestawałem ciągnąć dopóki nie sprowadziłem jej na kolana. Nachylałem się do niej i nieco luzowałem uścisk, by móc pochwycić za kark. Ścisnąłem i naparłem w dół z taką siłą, iż była zmuszona podeprzeć się dłońmi, ale i tak to potem na niewiele się zdało. Ręce ugięła i przywarła łokciami do chłodnego, betonowego podłoża.
Uspokój się – wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Klęknąłem na jedno kolano, przysunąłem usta do ucha żony i powtórzyłem warknięciem – Natychmiast się uspokój, bo nie ręczę za siebie.
Poczułem smak krwi na swoich ustach, co znaczyło tylko tyle, że albo mnie niedawno w nie uderzyła, albo może zadrapała. Powściągnąłem gniew, ale pomimo tego nie odstąpiłem od Magdy. Ponownie oplotłem jej włosy naokoło swojej dłoni, szarpnięciem zmusiłem łkającą kobietę do wstania i drugą dłoń wsunąłem pod jej podbródek, ściskając jednocześnie za policzki.
Co ci się stało? – zapytałem dokładnie lustrując zasinienie na policzku, oraz krew na dolnej wardze.
Była przestraszona i drżała na całym ciele. Wola walki gdzieś z niej uleciała, więc wypuściłem jej włosy i dwiema dłońmi pochwyciłem za ramiona. Pchnąłem do tyłu, nie puszczając i postępując konsekwentnie kroki na przód. Przy końcu nieco ją uniosłem i usadziłem na białych, nowych, jeszcze ofoliowanych materacach.
Mam dość twoich humorków, wiesz? – powiedziałem kucając przy niej. – Ale to teraz nie jest najważniejsze. Najbardziej mnie interesuje kto ci to zrobił? – dopytywałem i jednocześnie sunąłem opuszkiem kciuka po jej dolnej wardze.
Zostaw – warknęła i odtrąciła moją dłoń.
Przełknąłem ślinę i zabrałem się do wstania. Musiałem wracać na konferencje, nie mogłem tak porzucić tych wszystkich ludzi, poza tym liczyłem jeszcze na to, że mimo wybuchu histerii Magdy, której byli świadkami, jeszcze uda mi się uratować sytuacje.
Na pewno tego tak nie zostawię – zapewniłem. – Nikt poza mną nie ma prawa podnosić na ciebie ręki. A jak już jesteśmy przy tym temacie, to wiesz co to znaczy przesadzić? Nie? – zgadywałem, bo milczała. – No to wiedz, że właśnie sobie to doskonale zobrazowałaś, bo właśnie przesadziłaś. Mogłaś zapytać, po prostu zapytać, a nie urządzać sceny jeszcze przy ludziach. Może powinienem pójść w twoje ślady, wparować tak do twojej pracy i na oczach twoich koleżanek zacząć się okładać? Co ty na to? – Nie czekałem na odpowiedź, chciałem otworzyć drzwi, ale Leon mnie ubiegł i wparował do środka.
Tam jest moja mama! – krzyczał wyrywając się Tomkowi. Płakał i szarpał się z moim bratem niemal tak samo jak niedawno jego matka ze mną.
Kolejny histeryk – szepnąłem z głośnym westchnięciem, w chwili gdy Leoś przekraczał próg i biegł w kierunku Leny, by rzucić jej się w ramiona.
Poczekajcie na mnie w domu. Tomek was odwiezie, moim samochodem. Wieczorem twoja mama wyjdzie z dziećmi do bawialni. Zostaniemy sami. Myślę, że doskonale zdajesz sobie sprawę z tego co to oznacza – zapowiedziałem, wyminąłem blondyna w czerwonej koszuli i granatowej marynarce. Jak gdyby nigdy nic powróciłem na konferencje.
Zasiadłem przed laptopem i wysłałem jeszcze Piotrowi e-maila, by pilnował mojej żony, czyli ją odwiedził u nas w domu. Dodałem też by tym razem nie nawalił i trzymał język za zębami, chyba że naprawdę chce go stracić. Byłem pewny, że Magda o tej całej aplikacji wie od niego, w końcu nikt inny nie miał o niej bladego pojęcia. Akurat Piotrkowi powierzyłem zadanie opiekowania się siostrą i pilnowania jej, bo czułem, że coś ściemnia z tymi bandziorami co ją napadli, a komu jak komu, ale Iwanowi na niej cholernie zależało i nie dałby jej włosa z głowy stracić. Mogłem go nie lubić, mogłem go nawet nie rozumieć, ale bratem był na medal. Przynajmniej tak sądziłem dopóki Tomasz do mnie nie zadzwonił i nie zdał relacji:
Zostawiłem Magdę i Leona w domu. Piotr na nich czekał. Nie wiem czy to mądrze, że wysłałeś tam akurat jego, skoro to on ją uderzył. Leon zdał mi relacje. Widzieli się z jakimś Marcinem i...
Marcinem? – zapytałem i zazgrzytałem zębami.
Tak, z Marcinem – potwierdził.
Gdzie byli?
W parku, na placu zabaw.
Nie mówiła mi, że...
Nie musi ci się ze wszystkiego spowiadać – zaznaczył niezwykle ostro jak na niego.
Musi, właśnie o to chodzi, że tak sobie przewaliła, że musi! – warknąłem i nie czekając na odpowiedź z jego strony, rozłączyłem się.
Poczułem jak ktoś klepie mnie po plecach. To był Zbyszek. Gratulował mi podpisania tych kilku umów i kontraktów.
Nie wiem jak tyś ich przekonał po wybuchu tej twojej pożal się Boże żonki.
Masz coś do niej?
Dużo, nadal nie wiem jak na taką idiotkę mogłeś zamienić... – Nie dokończył, bo ja nawet nie wypuściłem kubka z dłoni, z którego wcześniej popijałem letnią kawę. Przywaliłem mu z pięści pod samo oko, kubek odbił się od jego nosa, a on odleciał do tyłu.
Nie mam już siedemnastu lat, nie jestem chłopcem na twoje posyłki! – wrzasnąłem. Odłożyłem jakimś cudem cały kubek na blat czegoś co było utworzone na wzór recepcji. Zamknąłem dwie teczki i jak gdyby nigdy nic wyszedłem, rzucając za siebie krótkie – część wam i do jutra.