Czytam = Komentuje

Anonimowi – podpisujcie się!


Zapraszam was na blog z dodatkami o "Otchłani szarości":

http://miejskie-opowiesci.blogspot.com

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Sezon 1 - Część 31 - Przeszłość wraca w najmniej odpowiednim momencie


MAGDALENA IGNASZAK

Wróciliśmy do domu w wyjątkowo żałobnych nastrojach. Mama już spała, bo światła były pogaszone. Dzieci wydawało nam się, że także są u siebie i śpią. Co prawda spały, ale nie mieliśmy pojęcia, że Leon z Polą zabawili się w budowanie namiotów i koczują w salonie. O tym przekonaliśmy się dopiero rano, kiedy ja o mało co nie wywaliłam się o namiot zmontowany z krzeseł i koców.
Zburzyłabyś mój dom! – krzyknął na mnie synek i od razu zaczął poprawiać swoją budowle.
Kilkakrotnie przetarłam oczy i starałam się ogarnąć wzrokiem rozgardiasz jakiego dokonały moje dzieciaki. Wiedziałam, że Szymonowi się to nie spodoba i nie myliłam się, bo pierwszym komentarzem jaki rzucił po zejściu na dół, było:
Co to jest? Ile razy mówiłem, że od zabawy macie swój pokój? – dopytywał zapinając mankiety popielatej koszuli. – Poustawiać mi to jak było – zażądał niemal od razu i chwycił za pierwsze lepsze krzesło, by je wyjąć spod koca, móc na nim usiąść i zasznurować buty. Dopiero wtedy zauważyłam, że ma rozwiązane sznurowadła.
Zostaw! – krzyknął Leon. – Zabrałeś mi ścianę! – zbulwersował się.
Poczymam! – zaoferowała Pola i wyszła spod stołu, na którym rozłożone było kilka koców oraz prześcieradeł, które sięgały do samej podłogi, nawet się po niej włócząc.
Moja córka stanęła przy domku zbudowanym z krzeseł, poduszek, pościeli i koca, tylko po to by podtrzymać prowizoryczny dach. Piżamkę w Myszkę Mini miała założoną tył na przód, czyli obrazek znajdował się na plecach.
Niech się bawią – stwierdziłam.
Oczywiście – przyznał mi rację Szymon. – Ale u siebie – dodał nieustępliwym tonem, kończąc jednocześnie wiązanie butów.
Jesteś zły na mnie i przez to, że musisz iść na policję. Nie wyżywaj się na dzieciach.
Na nikim się nie wyżywam i na nikogo nie przenoszę swojej złości. W tym domu po prostu panują jakieś zasady i wiedziałaś o tym zanim się tu sprowadziłaś, i zabrałaś z sobą dzieci. Salon jest salonem, a nie bawialnią i po coś do cholery mają swoje pokoje, chyba, tak?! – uniósł się bardziej w kierunku dzieciaków, którzy dalej kombinowali jak poradzić sobie bez jednego krzesła.
Ja jeszcze nie mam swojego – wtrącił Leoś, który na moment porzucił trzymanie koca i stanął przed Szymonem z kciukami wciśniętymi za gumkę niebieskich spodni od piżamy. – Bo mi jeszcze ścian nie pomalowałeś i po mebelki też nie pojechaliśmy, i jak już nie potrzebujesz krzesła, to bym zabrał je z powrotem, bo widzisz. – Wskazał ze smutną minką na swoje dzieło. – Dach się nie trzyma.
Przez moment wstrzymałam oddech oczekując jakiegoś wybuchu, być może nie krzyku, ale kilku ostrych słów i żądania zakończenia natychmiast takiej bezsensownej zabawy. Nic takiego jednak nie nastało. Szymon się zaśmiał, przetarł twarz dłońmi i jedną z nich zmierzwił swoje lekko wilgotne włosy.
Macie czas do wieczora. Zanim wrócę z pracy, to ma tego nie być, więc po powrocie ze szkoły i przedszkola w waszym obowiązku jest to posprzątać. Proponuję przenieść się z tym do swojego pokoju.
Nie da rady – odparł Leon. – Nie mamy tam takiego stołu, a ty nam go nie dasz, bo mówisz, że jest drogi i zabytkowy, i anteczny, i sam już nie wiem jaki jeszcze.
Antyczny – poprawiłam.
No właśnie! I antyczny! – krzyknął radośnie blondynek.
Szymon tylko głębiej zaczerpnął powietrza, bardzo powoli je wypuścił, wyminął mnie oraz dzieci i udał się do przedpokoju po swój czarny sweter na duże, jasnoszare guziki.
To możemy się bawić czy już nie? – szepnął Leoś, a Pola stanęła u boku starszego brata i spojrzała na mnie dużymi, brązowymi oczętami.
Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Szymona się zapytaj.
Leon teatralnie uderzył się otwartą dłonią w czoło, co było już jego stałym nawykiem, gdy czegoś zapomniał. Pobiegł na górę. Pogoniłam za nim wzrokiem i wyczekiwałam tego co się wydarzy. Wrócił niosąc w dłoniach dwa pudełka, zapakowane w lśniący papier. Jedno było czerwone, a drugie niebieskie. Oba miały krzywo zawiązane kokardy i dużo naklejek. Niebieskie wcisnął w dłonie Poli i przytulił się do mojej nogi.
Bo ja cię kocham mamusiu – powiedział zadzierając główkę do góry i uroczo się uśmiechając.
Ja ciebie też kocham – odparłam i przykucnęłam. Przygarnęłam Leona i Polę do siebie. – Oboje was kocham – dodałam całując jedno w czoło, a drugie w policzek.
Ale mnie mocniej, bo byłem pierwszy, prawda? – dopytywał.
Oboje tak samo – warknęłam przez zęby i zabrałam od Poli prezent, która mówiła:
To dać mamie.
Chwyciłam też po pakunek, który Leon trzymał w dłoniach, ale ten szybko cofnął rękę.
To nie dla ciebie! Nie bądź taka zachłanna!
Sama nie mogłam powstrzymać śmiechu i Szymon też nie dał rady. Słyszałam za moimi plecami jak się zaciesza. Leon odskoczył na bok i to dwukrotnie, na jednej nodze i ruszył w kierunku Szymka.
Bo to dla taty.
Ale jest chyba dzień mamy tylko – stwierdził mój mąż.
Ale u nas się mówi dzień rodzica! – pouczył go Leon. – Poza tym, jak dają to bierz! – stwierdził.
Właśnie – przytaknęłam. – Ja chciałam wziąć, a mnie nie chcieli dać – przypomniałam, udając oburzoną.
Bo to nie twoje! – krzyknęła Pola. – To tatusia – dopowiedziała i biegusiem ruszyła w kierunku Szymona, a ten odłożył prezent na pobliską komodę, by móc ją wziąć na ręce i usadzić obok. Potem nachylił się po Leona i jego także podniósł, ale już nigdzie nie sadzał, tylko zostawił na swojej ręce.
A więc mówisz, że to nie tylko dzień mamy?
Leoś przytaknął ruchem głowy.
Dzień rodzica – przypomniał.
I na pewno nie ma ten upominek nic wspólnego z tym bałaganem tutaj? – dopytywał.
Leoś przytaknął, a potem szybko zmienił zdanie i ruszył głową na boki.
Znaczy nie, nie, nie ma – wyjaśnił szybko. – Ale bym się nie obraził, jakby tak tydzień mogło być, bo to będzie zamek, bo my mamy całe przedstawienie i mama będzie księżniczką.
A ja kim będę?
Złym smokiem, bo chciałeś zburzyć zamek.
Ukladłeś ścianę! – wtrąciła się Pola.
Szymon się zaśmiał i zaczął łaskotać pięciolatka, który się tak wyginał we wszystkie strony, że aż się obawiałam iż zleci z jego rąk.
Niech wam będzie. Tydzień. Do piątku i ani dnia dłużej – zapowiedział odstawiając najpierw Leona, a potem zdejmując Polę z komody.
Tylko otwórzcie prezenty w pracy – upomniano nas dziecięcym głosem, mnie w szczególności, bo już się zabierałam za darcie papieru. – Jesteś bardzo niecierpliwa – stwierdził Leon. – Zachłanna i niecierpliwa – dopowiedział, czym wprawił wszystkich w rozbawienie.
No cóż na to poradzić? – zapytał Szymek stając za moimi plecami, a kiedy ja podniosłam się z kucek, to jego dłonie znalazły się na moich ramionach, a potem rękoma zaczął mnie obejmować. – Mama już taka jest, ale i tak mamę kochamy, prawda? – zapytał muskając tuż przy moim uchu.
No – przytaknęła Pola.
Bo trzeba kochać taką jaka jest – wtrącił Leoś. – Bo może zniknąć jak mój prawdziwy tata – dodał nieco zasmucony.
Mama nigdzie nie znika – syknął Szymek. – Niech by tylko spróbowała, to byśmy po nią nawet na koniec świata pojechali, prawda?
Jak Pilatowie z Kalibów! – krzyknęła trzylatka.
Właśnie, jak piratowie... piraci z Karaibów – przyznał jej racje mój mąż i przykucnął, by musnąć dziewczynkę w czoło. – Chodź no tu do nas chłopaku. – Sięgnął ręką do Leona i przygarnął go do siebie. – Ale wy wiecie, że ja was bardzo mocno kocham, prawda? – zapytał przytulając oboje.
No – odpowiedziała Pola.
Tak, tylko krzyczysz, a na mnie to już najwięcej – poskarżył się blondynek.
Tylko gdy jesteś niegrzeczny.
Niemożliwe, bo zawsze jestem grzeczny – trwał przy swoim.
Charakterek to ty masz po mamusi, wiesz? – dopytywał wstając na równe nogi.
A to dobrze, czy źle?
A jak sądzisz?
Że dobrze chyba, bo nie jestem jak mój tata – odpowiedział nieco skonsternowany, a ja poczułam jak Pola ciągnie mnie za popielate, dresowe spodnie.
Co to znacy ze on nie jest jego plawdziwym tatom? – to było najdłuższe zdanie jakie moja córka wypowiedziała w całym swoim życiu i jak na złość było akurat takie.
Potem ci wyjaśnię. Musimy już iść – rzuciłam do dzieci, pociągnęłam Szymona za materiał swetra, oraz wzięłam nie tylko swój, ale też jego prezent, którym uderzyłam o jego brzuch, by sam sobie go trzymał. – Mamo! My wychodzimy! Dzieci zostają! Zaprowadź ich do placówek! – krzyknęłam zmierzając w stronę drzwi.
Nie możesz wiecznie unikać pytań – zaczął Szymek kiedy byliśmy już w samochodzie.
Nie unikam ich wiecznie tylko... Pola jest mała, nie zrozumie – odpowiedziałam zapinając pasy.
Leon zrozumiał.
Nie chcę jej odzierać z dzieciństwa.
Leona odarłaś – zarzucił mi.
Ciężko westchnęłam i wyznałam:
Leoś zawsze był inny, taki bystrzejszy. Nie chodzi o to, że Pola jest głupia, ale jest normalna, a Leon więcej przeżył, był w domu dziecka, pogotowiu opiekuńczym, w rodzinie zastępczej. Poza tym to ty podjąłeś decyzję, że dzieci muszą znać prawdę i...
I nadal tak uważam. To na wypadek jakby się kiedyś jakiś tatuś pojawił, by nie zarzucano nam kłamstwa i tego, że żyli w szklanej bańce oszustwa. Powiedziałaś, że Pola jest normalna, to znaczy, że Leon nie jest?
Zatkał mnie tym pytaniem. Po prostu wgniótł w ziemie, bo z Leonem był pewien znaczny problem, ale nie mogłam mu wyjawić jaki, jeszcze nie teraz i liczyłam na to, że nigdy nie będę musiała tego uczynić.
Jest po prostu bystry – odpowiedziałam i zaczęłam potrząsać moim prezentem zastanawiając się co jest w środku.
Kazali otworzyć, gdy będziemy w pracy – przypomniał.
Wytrzymasz tyle?
Tak, ale ty tym lepiej nie potrząsaj – pouczył mnie.
Dlaczego?
Bo ja to się boję, że to wybuchnie – powiedział zerkając na mnie i wjeżdżając na główną drogę jednocześnie.
Nie żartuj tak nawet. Nie byliby chyba aż tacy wredni, prawda?
A pamiętasz jak dali Piotrkowi prezent z okazji nowego roku? – dopytywał mój mąż.
Faktycznie, pamiętałam. Było to ładne, drewniane, ręcznie przez nich malowane pudełeczko. Mój brat je otworzył z uśmiechem na ustach, a z niego wyskoczył klaun, czy też pajac i uderzył go czubkiem czapeczki, zakończonej metalowym pomponem, dokładnie w samo oko, sprawiając tym samym, że przez kilka dni widniało w tym miejscu sinawe limo.
A więc wystarczy się tylko nad tym nie nachylać i być odpowiednio daleko oddalonym – trwałam przy swoim.
A długopis, który dali także Piotrkowi, ale na urodziny. Kopał prądem.
Może masz racę. Strach to trochę otwierać. Tym bardziej, że tacy uśmiechnięci nam to wręczali. Musi być coś na rzeczy – przyznałam mu rację i przyłożyłam pakunek do ucha. – Nie tyka – powiedziałam z uśmiechem na ustach. – A twój tyka? – dopytywałam.
Boisz się, że Piotrek z zemsty za długopis pomagał im wybierać, albo coś im podpowiedział?
Cholernie – odpowiedziałam, ale otworzyłam, wcześniej stawiając znak krzyża.
Okazało się, że uczyniłam to zupełnie niepotrzebnie, bo w środku była gipsowa ramka, ręcznie malowana i przyozdobiona naklejkami, a w niej znajdowało się zdjęcie naszej całej, małej rodzinki. Czyli byłam na nim kucająca ja, z Leonem stojącym przy moim boku i obejmującym mnie ramieniem, oraz Szymon, klękający na jednym kolanie, z Polą siedzącą na jego drugim. Dziewczynka dawała mu całusa w policzek i wyglądało to dokładnie tak jakby mu szeptała coś na ucho. Zdjęcie zostało wykonane w naszym ogrodzie, za pomocą samowyzwalacza. W tle znajdowała się trampolina, na której dzieci uwielbiały skakać i leżak, na którym ja lubiłam się opalać, a nawet duży, niebieski, dmuchany basen, w którym Szymon uczył Pole pływać już pierwszego lata, które wspólnie spędziliśmy. Mała nie miała wtedy więcej niż pół roczku, ale i tak świetnie sobie radziła. To dziwne, bo pomimo że nigdy nie byłam szczególnie sentymentalna, to łza zakręciła mi się w oku.
Ciekawe czy dostałeś to samo? – zapytałam i sięgnęłam na kokpit po prezent zapakowany w czerwony lśniący papier, ale zanim zdążyłam go dotknąć to dostałam po łapać. Szymon nie uczynił tego mocno, było to bardziej żartobliwe smagnięcie.
Zostaw, ja jestem słowny i otworzę w pracy.
Nudziarz – wytknęłam mu, gdy parkował pod komisariatem.
Na komisariacie już czekał na nas Peterwas i to w dużej mierze on za nas wyjaśniał całą sprawę, pomimo że przecież wiedział najmniej, bo nie był tam obecny. Wszystko przebiegło bezkolizyjnie i mogliśmy się rozstać w pokojowej atmosferze i szczerze liczyłam na to, że tak się stanie, ale Hubert uparł się na odwiedzenie pobliskiej kawiarni. Nie wiem dlaczego mój mąż się na to zgodził, ale w efekcie zasiedliśmy w trójkę, przy stoliku znajdującym się pod samym oknem. Przy nas zjawiła się pani w czerwonej koszuli i czarnym fartuszku. Zapytała co podać i czy zostawić kartę menu.
Białą czekoladę na gorąco proszę i pralinkę, obojętnie jaką, byle nie z owocem żadnym i dużą, dużą – powiedziałam do niej.
Mamy tylko małe.
To trzy niech pani da – wtrącił mój mąż, zirytowany jakby się gdzieś spieszył.
A może chciałam pięć?
Tak, zaraz dziesięć – warknął pod nosem.
No a nawet jeśli, to co z tego?
Dziesięć niech pani da – polecił kelnerce. – A dla mnie ciemną kawę, zwykłą, czarną, mocną.
No ale nie o to chodzi! – uniosłam się. – Dlaczego za mnie decydujesz? – dopytywałam w chwili, gdy Peterwas zamawiał dokładnie to samo co mój mąż, tylko z tym wyjątkiem iż on z dodatkiem mleka.
Magda, przestań – syknął ze znaczącą miną.
To ma być pięć czy dziesięć tych pralinek? – dopytywała zdezorientowana, młoda kobieta o czarnych jak heban włosach.
Pięć na talerzyku i sto zapakowanych na wynos, mogą być mieszane.
Hubert i Szymon się na mnie tak specyficznie wejrzeli.
Ale wie pani, że te nasze pralinki, to się liczy na sztuki i to cenowo to od dwóch złotych do nawet czterech wychodzi jedna?
Tak, wiem, ale proszę się nie przejmować, mąż zapłaci. – Wskazałam dłonią na Szymka, który wyraźnie zgrzytał zębami, a Hubert siedzący obok niego się podśmiewywał.
W końcu jednak Peterwas się opanował i zaczął mnie wypytywać o to czego tak naprawdę chcieli ode mnie ci mężczyźni, którzy mnie napadli.
Pieniędzy – odpowiedziałam bez zastanowienia.
Dlaczego?
Jak to dlaczego? Nie wiem. Może na chlanie.
Wybacz, ale z opisu tego co wtedy miałaś na sobie, to nie wyglądałaś na osobę szczególnie zamożną, zresztą teraz, w żółtym swetrze i dresowych spodniach też na taką nie wyglądasz.
A co to dla takich za różnica? Oni nie chcieli tysięcy, a dziesiątki. Może myśleli, że mam przy sobie stówkę.
A miałaś? – dopytywał dalej brunet i rzucił spojrzeniem w kierunku Szymona.
Mój mąż przytaknął, a pani w tym czasie stawiała przed nami zamówione produkty.
Pralinki zaraz zapakuję i będą do odebrania przy barze, albo ja państwu podam... – szczerze to nie do końca słuchałam tego co do mnie mówi, bo byłam zbyt zajęta czytaniem z mimiki i gestów obydwóch panów.
Skoro miałaś przy sobie gotówkę, to dlaczego im jej nie dałaś? – padło pytanie ze strony Peterwasa.
Bo to moje i...
I co? – zapytał Szymon.
Nie chciałam się z nią rozstawać. Czy to takie dziwne?
W chwili zagrożenia życia. Bardzo – skomentował.
Nie kłamię! – krzyknęłam, a dopiero potem przypomniałam sobie, że znajdujemy się w miejscu publicznym i przez moje uniesienie się, wpatrywać się w nas zaczęło kilka par oczu.
Dobrze, powiedzmy, że ci wierzę – szepnął Szymon. – Ale niech się tylko dowiem, że mnie okłamałaś, to zapewniam cię, że będziesz gotowa na wszystko, byleby wtedy nie być w swojej własnej skórze.
Mój chrześniak grozi kobiecie? – zdziwił się ten idiota. – Toż to niebywałe. Choć moim skromnym zdaniem i tak o kilka lat za późno, już i tak po głowie ci nie tylko skacze, ale też tańcuje – w tym miejscu to się chyba akurat zwrócił do Szymona.
Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale Peterwasa miałam już na tyle po same dziurki w nosie, bo nie dość, że ten facet uprzykrzał mi życie, gdy byłam w technikum, to jeszcze po tym jak zdałam maturę, okazał się być nieustannie w moim życiu obecnym i mnie wkurwiać, że zwyczajnie nie wytrzymałam, chwyciłam za ucho filiżanki z białą, gorącą czekoladą i go nią obryzgałam, celując głównie w krocze, ale i tak większość poszło na udo.
Hubert zerwał się niczym oparzony. Szymon także wstał z szokiem i zaskoczeniem wymalowanym na twarzy, jakby nie wiedział... jakby nie dowierzał w to co właśnie się stało, a ja się uśmiechnęłam zwycięsko, ale zaraz potem, gdy zobaczyłam minę mojego męża i poczułam na sobie spojrzenie tych wszystkich nieproszonych gapiów, to zdałam sobie sprawę z tego, że przesadziłam.
Spieszę się do fundacji – rzuciłam szybko i zanim zdążyli jeszcze cokolwiek powiedzieć, to ja ruszyłam w stronę wyjścia.
Co prawda coś za mą Szymon krzyknął, a pani kelnerka nawet za mną wybiegła i podała mi moje pralinki. Uśmiechała się tak dziwnie, jakby mi gratulowała. Poczułam dumę, że dokopałam temu idiocie i to pomimo tego, iż wiedziałam, że w domu, w sypialni, w zaciszu czterech ścian za to oberwę.
Ledwo weszłam do pracy, przywitałam się ze wszystkimi i ruszyłam do mojego biura, gdzie postawiłam nową, wyjątkową, kolorową ramkę, otrzymaną od moich dzieci, na biurku, nieopodal monitora, a drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna. Miał na sobie koszulę w czerwoną kratę i czarne, dżinsowe spodnie. Koszula była podwinięta więc widoczne były tatuaże na obu rękach. Nie przerażali mnie wytatuowani goście, ale ten tutaj wyglądał jak żywcem wyjęty spoza prawa. Jego wzrok, mina, sposób chodzenia – to wszystko mówiło samo za siebie.
Jan Kucharski – przedstawił się. – Byliśmy umówieni, pani Magdaleno – przypomniał.
Tak, tak, pamiętam. – Szybko otrząsnęłam się z letargu, ruszyłam do przodu w adidasach na wysokiej platformie oraz korku saneczkowym i podałam mężczyźnie dłoń. – Jestem po prostu zdziwiona, że tak szybko pan się tu zjawił.
Szybko? Czy ja wiem? Myślę, że pomoc tym kobietą należy się od zawsze i mogłem im pomagać znacznie wcześniej, ale jak to mówią... na niesienie pomocy nigdy nie jest za późno. Mogę? – zapytał wskazując na kanapę przy szklanej ławie.
Oczywiście. – Zajęłam miejsce naprzeciw niego i wsłuchałam się w ofertę jaką ma mi do zaproponowania. Wydawała mi się być korzystna, bo miałam tylko zezwolić mu się posłużyć swoim logiem, on by przez to przyoszczędził na podatkach, a fundacja, której byłam współwłaścicielką miałaby dodatkowy, miesięczny dochód, równy dwóch procent każdej sprzedanej konserwy, pasztetu i serku, które oferowała jego firma.
I co pani na to?
Musiałabym to dobrze przeliczyć, sprawdzić pana firmę pod pewnym kątem. Ogarnąć sprawy podatkowe w takiej sytuacji i inne tego typu rzeczy, ale na chwilę obecną jestem zainteresowana i bardzo dziękuję, że akurat nam pan złożył taką propozycję. Zwłaszcza, że Ostrów, a Gdańsk, to nie jest o rzut kamienia.
Okoliczne domu samotnych metek nie były zainteresowane moim pomysłem, a chodzi mi o tę konkretną pomoc, chcę by trafiła konkretnie do kobiet z dziećmi.
Szczytny cel, ale jeśli można zapytać, to dlaczego akurat to jest warunkiem? – wypytywałam napełniając dwie szklanki wodą niegazowaną wprost z butelki, bo akurat w dzbanku się skończyła i miałam w planie po wyjściu pana Jana zająć się przelewaniem do niego cieczy.
A dlaczego pani założyła akurat taką fundację?
Byłam kiedyś samotną matką z dzieckiem – odpowiedziałam wprost. – Wtedy sama potrzebowałam pomocy, a teraz, przez przekonanie mojego męża do swojego pomysłu, mogę tę pomoc nieść. Nie ukrywam, że w fundacje w dużej mierze to on zainwestował swoje pieniądze i kontakty, a ja tylko czas i użeranie się z przepisami.
Dobry człowiek – stwierdził Janek.
Niekoniecznie i nie do końca podoba mu się to co robię, i czemu poświęcam swój czas, ale pragnie bym była szczęśliwa i się spełniała, i to stawia ponad swoje przekonania – wyjaśniłam.
Widzi pani... – zaczął i się tak specyficznie zawiesił, jakby grał, jakby z góry miał wykuty na blachę scenariusz. – Moja żona, gdy jeszcze nie była moją żoną, też kiedyś była w takim domu. Moi rodzice jej nie akceptowali, miała dość, wzięła dziecko i tam poszła. U niej w domu nie było warunków. Byliśmy bardzo młodzi.
W którym domu samotnej matki była? – zapytałam w sumie z przyzwyczajenia, bo o to często pytałam moje podopieczne, ale też z czystej ciekawości.
Wielkopolskim – odparł, a potem podał nazwę.
Poczułam gulę w gardle, która zdawała się uniemożliwiać mi mówienie, a ten facet wpatrywał się głęboko w moje oczy niczym z żądzą mordu. Opanowałam się i powiedziałam samej sobie, że to niemożliwe, że takie zbiegi okoliczności po prostu czasami się zdarzają. Przybrałam na twarzy dobrotliwy uśmiech i rzekłam:
Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończyło, w końcu są państwo małżeństwem, tak więc...
Nie do końca – szepnął i zdawał się mieć iskierki łez w oczach i ledwie je powstrzymywać. – My jesteśmy małżeństwem, ale dziecka z nami nie ma.
Była w domu samotnej matki i dziecko zniknęło? – wypaliłam i po chwili miałam ochotę walnąć się w łeb i to czymś naprawdę ciężkim. Wszystko wina Peterwasa, bo to on wyprowadził mnie z samego rana z równowagi i przez niego teraz nie potrafiłam racjonalnie myśleć, tylko klepałam ozorem na prawo i na lewo.
Nie, nie zniknęło – odpowiedział zdziwiony. – Nie żyję. Mateuszek nie żyję, miałby pięć lat – wyznał z wyczuwalnym smutkiem w głosie. – A pani dziecko?
Leon.
Czyli też synek?
Tak – przytaknęłam słabo.
W jakim jest wieku?
Urwis niedawno skończył pięć lat – wtrąciła Oktawia, która właśnie wkroczyła z pytaniem: czy życzy pan sobie kawę albo herbatę?
Janek odmówił, Oktawia wyszła, a między mną i moim rozmówcą, nastała taka specyficzna, gęsta cisza.
Bardzo mi przykro z powodu Mateusza – rzekłam, bo nie wiedziałam co innego mogłabym powiedzieć w takiej sytuacji. Żadne studia psychologiczne i kursy mnie na takie rozmowy nie przygotowały. Niby próbowały, ale takie dialogi, to coś na co nie można się przygotować nigdy w pełni, mimo usilnych starań.
Ale z pani synkiem wszystko dobrze? – dopytywał, bo chyba wyczytał z mojej miny, że coś jest nie tak. – Ma pani jakieś zdjęcie tego swojego urwisa? – zapytał wesoło, gdy ja przytaknęłam na jego poprzednie pytanie.
Nie – odpowiedziałam szybko, przybierając pokerowy wyraz twarzy. – Tutaj żadnego. Noszę w portfelu, ale dziś nie wzięłam, bo mąż mnie pozwoził – dodałam, co było kłamstwem. Miałam zdjęcie rodzinne na biurku, przecież kilkanaście minut temu je tam kładłam i mieściło się w gipsowej, przyozdobionej naklejkami ramce.
Rozumiem. – Wstał. – To niech się pani zastanowi, papiery zostawiam, a w Gdańsku będę do końca tygodnia. Miłego dnia. – Wyszedł, a ja nawet nie byłam w stanie powiedzieć mu grzecznego: do widzenia.
Chwyciłam za komórkę i szybko przeszukiwałam numery telefonów w poszukiwaniu tego Marcina. On był sentymentalny w takich sprawach, więc nie wierzyłam, by zmienił numer na inny. Nie miałam jednak go zapisanego. Usiadłam przy biurku i wsparłam czoło na dłoniach. Spojrzałam na szufladę, rozsunęłam ją i wyjęłam z niej stary notes, a z niego zdjęcie.
Niemożliwe, to nie dzieję się naprawdę – powiedziałam sama do siebie i zaczęłam przeszukiwać terminarz. W końcu natrafiłam na Andrzeja.
Słucham? – odpowiedział mi mocny baryton po drugiej stronie. – Kto mówi? – dopytywał, gdy milczałam, co było dziwne, bo przecież jeszcze nic nie mówiłam.
Marcin – zaczęłam niepewnie.
Magda – przeciągnął moje imię zszokowany. – Nie sądziłem, że kiedykolwiek...
Ja też nie, ale mamy problem – przerwałam. – Spotkajmy się. Kiedy możesz przyjechać do Gdańska?
Ja... jestem tu – odpowiedział i tym krótkim zdaniem sprawił, że nogi miałam niczym z waty, i gdyby nie fakt, że siedziałam na krześle, to już chyba dawno upadłabym na ziemię i rozbiła się na miliony kawałków. – O co chodzi? – dopytywał. – Gdzie mam przyjechać? Magda! Co się dzieje?! – krzyczał, gdy nie odpowiadałam dłuższą chwilę. – Coś z Szymonem? Wydało się?!
Nie, Szymek nic nie wie, ale zrobiłam kiedyś coś strasznego – wyznałam usiłując się przedrzeć głosem poprzez gule w gardle i łzy, spływające ciurkiem po moich policzkach. – A teraz muszę to ukryć przed całym światem – dodałam z wyraźnym naciskiem na „cały świat”.
Powiedz mi tylko gdzie i o której, a będę. Nie zostawię cię. Nigdy cię nie opuszczę. Zawszę będę częścią ciebie i nikomu nie dam cię skrzywdzić. Pamiętasz?
To jest w tym wszystkim najgorsze! – wrzasnęłam do słuchawki. – To przez to nie daję rady, przez to że pamiętam. Chciałabym mieć moc wymazywania pamięci, odnawiania duszy, wymiany sumienia, ale nie mam i ty też nie masz, więc mi, kurwa, choć raz nie kłam, że będzie dobrze, bo nic nie jest dobrze. Ty pójdziesz siedzieć, znowu będziesz miał wyjebane na cały świat, a ja zostanę tutaj, na wolności, z Leonem, Polą, Szymonem. Piotrkiem i mam dość. Czasami myślę, że to był największy błąd. Mogłam...
Co mogłaś? Udusić ich, a potem siebie otruć?! Nie umiałaś. Stałaś z poduszką nad Leonem i nie byłaś w stanie nic zrobić, mimo że byłaś naćpana. Aborcji też nie chciałaś. Było też inne wyjście, ale odmówiłaś. Gdyby nie twój wybór, bylibyśmy teraz w Barcelonie, więc... uwierz, że jesteś lepsza ode mnie, ale teraz weź się kurwa w garść i powiedz, gdzie jesteś, a przyjadę!
To był twój wybór! Ty czułeś się brudny, a nie ja!
Fakt, mój wybór, bo zostawiłem cię w rękach dobrego człowieka, lepszego o stokroć niż ja. Bo nie byłem w stanie wychowywać nie swojego dziecka, a on był. Bo ja nie umiałem tego dziecka pokochać, a on pokochał ich oboje.
W parku przy placu zabaw – szepnęłam po dłuższej chwili milczenia. – Tam gdzie zawsze Leon się bawił, gdy był mały.
Okay, będę na pewno – odparł słabnącym, łamanym głosem. – Ale to nie będzie łatwe – dodał i się rozłączył.
Jakby kiedykolwiek było – powiedziałam już do głuchej słuchawki.